Wszystko zaczęło się 12 września 2006 roku, choć pomysł wyjazdu
zrodził się rzecz jasna o wiele, wiele wcześniej... Wysilając się na wszelakie możliwości kompromisowego załatwienia sprawy terminu wyjazdu,
ruszyliśmy pociągiem koło 1.30 z Kielc do Wrocławia...
13 września Podróż minęła spokojnie w prawie pustym przedziale pociągu pospiesznego.
W naszej wyprawie uczestniczyły 3 osoby: Iza Z. "Czorna", Iza S. "Blondyna" no i ja... Zaczęliśmy od Wrocławia.
Wysiedliśmy na wielkim pełnym życia dworcu PKP i skierowaliśmy się od razu w zasadzie na
Stare Miasto. Wszak mieliśmy koło 4 godz. na przesiadkę, coś z tym trzeba było zrobić.
Ulicą Kołątaja skierowaliśmy się (często zmieniając kierunek) nad Odrę, mijając po drodze kilka ciekawych zabytkowych budowli sakralnych i świeckich (uwieczniliśmy je na zdjęciach).
Wróciliśmy w końcu z powrotem i skierowaliśmy kroki ku Staremu Miastu. Zapoznaliśmy się z zabudową Rynku i okolic,
zwiedziliśmy katedrę i "na oko" udaliśmy się w drogę powrotną. Zahaczyliśmy jeszcze przypadkowo o park Sawickiej i wbijając się
w ul. Kołłątaja, dotarliśmy w znane nam już okolice Dworca PKP. Czasu jeszcze trochę było więc wstąpiliśmy do miejscowej pijalni piwa,
aby skosztować regionalnej zupy chmielowej - "śląskiego książęcego". Na peronie zjedliśmy śniadanie,
i czekaliśmy prawie odliczając na pociąg, którego celem było wywieżć nas w Kotlinę Kłodzką. Godzina wybiła. Nadjechał.
Wlókł się strasznie długo... (osobowy), zapoznając nas siłą rzeczy z ciekawym, zmiennym krajobrazem za oknami. Dłuuugo się
jechalo, ale wreszcie przyszło nam wysiadać. Stacja Kłodzko-Miasto, nie zrobiła na nas większego wrażenia,a ponieważ byliśmy w tym mieście już przed 14, toteż udaliśmy się jak najprędzej na Dworzec PKS (zresztą tuż przy PKP),
aby zapoznać się z możliwością dotarcia do naszej pierwszej bazy, a zarazem właściwego startu trasy - Kudowy-Zdroju. PKS był za 40 min. więc udaliśmy się do jednego
ze stojących przy Dworcu barów. Wybraliśmy akurat ciekawszy (ze względu na wystrój) i smakując Piasta (Piwo zdolnego Śląska) czekaliśmy cierpliwie.
Środek tygodnia, więc przyszło nam jechać autousem zapchanym uczniami. Nie dośc, że był drogi (8 zł), to jeszcze wolno jechał.
W dotarciu do celu nie pomagały nam także roboty drogowe. Trasa autobusu wiodła przez piękne okolice, coraz bardziej odczuwało się bliskość gór. Polanica, Duszniki, Lewin (piękny akwedukt!) i Kudowa... wreszcie. Po kilkunastogodzinnej podrózy byliśmy na miejscu.
Swe pierwsze kroki skierowaliśmy do Ośrodka Sportu i rekreacji, gdzie zamierzaliśmy znaleźć nocleg. Domki nie posiadaly węzłów sanitarnych,
w schronisku był komplet, więc został nam tylko hotel. 30 zł od głowy, a warunki jak w schronisku. Nie takiego początku się spodziewaliśmy... Rozpakowani, wypoczęci, ruszyliśmy na podbój Kudowy...
Wpierw zajrzeliśmy na targ pełen Czechów, później skierowaliśmy się już do właściwej części Kudowy (ośrodek jest na jej obrzeżach, przy drodze do Kudowy-Słonego).
Przeszliśmy ulicą Zdrojową do Parku Zdrojowego. Wszędzie było widać, że Kudowa jest uzdrowiskiem... Sporo ludzi, sklepów - a przede wszystkim hotelów i pensjonatów. Mało obiektów dla typowych turystów.
Zabudowa przeważnie willowa przy głownych ulicach. Park zwiedzaliśmy chadzając jego alejkami - wcześniej jednak pobieżnie obejrzeliśmy zabudowania uzdrowiska, weszliśmy do pijalni,
kupiliśmy kilka kart pocztowych i lody. Alejki akurat obsadzano jakimiś krzaczastymi roślinkami. Grzało strasznie, więc skierowaliśmy się ku wodzie. Staw zdrojowy
był dość duży, chybotało się na nim kilka łódek, a na środku stała kapliczka, skrywająca zapewne figurkę św. Jana Nepomucena. Poszliśmy spacerkiem wzdłuż stawu, i w końcu zostawiliśmy go za sobą, wychodząc na jakąś główną
ulicę. Natknęliśmy się po chwili na turystyczne przejście graniczne, za którym zlokalizowany był mały bar.
Udaliśmy się wpierw do sklepu, napotykając po drodze ciekawy pomnik. Sklep niestety był zamknięty, więc zostaliśmy przy barze.
Skosztowaliśmy tam Primatora i Zlatego Bazanta. Jedyne 2,5 za sztukę... Zostajemy...
Dzień powoli kończył się, więc wracając do Ośrodka po drodze wstąpiliśmy do niejakiej Biedronki
i uzupełniliśmy zaopatrzenie żywieniowe. A później to już spać żeśmy poszli.
14 września Już od rana słońce dawało o sobie znać, ale to chyba dobrze. Pognaliśmy przez Kudowę jednakże
na pewnym fragmencie trochę inną drogą, póki żem źle nie skręcił... Wyszliśmy więc na główną ul. Zdrojową i dalej ścinając park,
wyszliśmy na szosę w Czermnej. Po chwili byliśmy już przy Kaplicy Czaszek stojącej koło kościoła św. Bartłomieja Apostoła.
Za kościołem znajdował się cmentarz, na którym było mnóstwo niemieckich nagrobków. Kaplicy, choć wiedzieliśmy, że to ciekawy bardzo obiekt,
nie zdołaliśmy zwiedzić (otwierali za późno), za to mogliśmy pośmiać się słuchając pracownika Parku Narodowego Gór Stołowych, jak oprowadzając
jakąś zagraniczną turystę, próbował jej mówić o tym zabytku korzystająć z ogromnego kompendium wiedzy, zw. "Rozmówki polsko-angielskie"... Ludzie mają fantazję.
Wstąpiliśmy do sklepu po jakieś batony i dalej przez Czermną... Po drodze z wartych uwagi rzeczy natknęlismy się jeszcze na domy tkaczy, i dwa pomnikowe obiekty.
Warto o nich wspomnieć. Jeden to coś w stylu mauzoleum księżnej Anny Świdnickiej. Pomniejszona baszta ze ścianą i bramą, na nich tablice pamiątkowe, a obok kilka figur zwierzęcych (m.in. osioł). Dość ciekawe zjawisko rzekłbym.
Drugi pomnik, to pomnik Trzech Narodów (Polacy, Niemcy, Czesi) w formie trzech słupów i łuku nad nimi. Na zdjęciu w galerii będą oba. No i czas pójść. Obfotografowane pomniki zostawiliśmy za sobą,
dość szybko doszliśmy do kolejnego miejsca - Ruchomej Szopki, ale nie mieliśmy niestety czasu na jej zwiedzanie. Tuż za nią schodziliśmy z szosy, a towarzyszący nam zielony szlak zaczął wspinać się coraz wyżej...
No to my z nim. Wspinaliśmy się drogą między Dużą a Małą Dufałką, kierując się w stronę Pstrążnicy. Podejście dawało nam się we znaki, ale nie ze względu swej ostrości (bywało gorzej), a z powodu jeszcze nie "rozchodzenia" swych organizmów.
Wszak to dopiero pierwszy dzień właściwej wędrówki. Nie dawaliśmy na wygraną i dopiero
na polanie, niedaleko skrzyżowania z żółtym szlakiem, stanęliśmy na chwilę ochłonąć i
pomniejszyć posiadane zapasy wody. Po ustaleniu przebiegu dalszej trasy, ruszyliśmy po kilkunastu minutach.
Natknęliśmy się na żółty szlak, nie zwracając na niego większej uwagi, poszliśmy w prawo, dalej zielonym. Rozpoczęliśmy schodzenie
w kierunku Pstrążnej. Szosę w tejże miejscowości osiągnęliśmy bardzo szybko. Do samej właściwej miejscowości nie wchodziliśmy,
tuż przed nią udaliśmy się w prawo szosą do Bukowiny. Przed Bukowiną tylko kawałek szliśmy poza szosą. W jednym miejscu
szlak zielony z niej schodził. Czekała nas przezprawa stromo w górę skałkami, ale za to skróciła nam się droga szosą. I dobrze, ile można...
W Bukowinie poza sanatorium i ośodkiem wypoczynkowym "Świetlik" nie było nic ciekawego. Za tymi obiektami kawałek, zeszliśmy
wraz ze szlakiem w prawo w las, zaczynając właściwe podejście pod Błędne Skały. Nie szło się źle.
Momentami było to męczące, szczególnie wspinając się skałami przerobionymi na schody. Co by nie mówić, i tak oczywiście na parking przy Błędnych
dotarliśmy wcześniej niż opis na mapie wskazywał. Ale za to drogowskazy przy szlakach były bardziej wiarygodne.
Na parkingu czekał na nas niby-bar. Sam fast-food, napoje z firmy Coca-Cola Co., smalec i ogórki.
Po tak męczącym podejściu liczyliśmy na lepszy obiekt, ale cóż... Kupiliśmy bilety i mimo
zwrócenia nam uwagi przez obsługę, że nie damy rady przejść z tymi plecakami przez skały - ruszyliśmy.
Laicy... Wpierw zaliczyliśmy taras widokowy, robiąc na nim kilka fotek (widok na Pstrążną).
I poszliśmy dalej... Błędne Skały to naprawdę niesamowite miejsce. Niektóre przejścia faktycznie były małe, tam musiałem zdejmować plecak. Dziewczyny nie miały tegro problemu ze względu na swój wzrost...
Piękne miejsce, piękne skały, niesamowoite wrażenia... Przeszliśmy szlakiem przez skały w ok. 30 minut, i tylko żałowaliśmy, że to przejście jest takie krótkie. Za skałami chwila odpoczynku (musiałem poczekać na dziewczyny...:))
i dalej w drogę. Wiodła ona Skalniakiem, tu podejść w zasadzie nie było. Spotkaliśmy kilku turystów (o tej porze roku jest tam ich minimalna ilość), a na większych otwartych przestrzeniach mogliśmy podziwiać
piękne widoki. Przy grupie skałek (gdzieniegdzie się pojawiały, szczególnie już bliżej Karłowa), zatrzymaliśmy się na obiad. Rozpakowaliśmy palnik i menażki
i zabraliśmy się do przyrządzania zupek wietnamskich zw. chińskimi. Przypadkiem, chadzając wokól naszego "obozu" odkryliśmy piękny punkt widokowy. W galerii będą zdjęcia z niego (Lisi Grzbiet).
Pojedliśmy, popiliśmy i w drogę. Dalej czerwonym. Dość szybko dotarliśmy do skrzyżowania szlaków (czerwony, żółty, zielony). Dalej czeronym udaliśmy się w dół. Zaraz też wyszliśmy na szosę przed Karłowem. Z prawej stał jakiś niemieckojęzyczny pomnik. Szosą obsadzoną dość dużymi drzewami
podążaliśmy ku wsi. Zaczęły pojawiać się domy i ośrodki... Przed zakrętem Akademia PZU, z za
zakrętem ośrodek wypoczynkowy jednej z uczelni i tzw. schronisko (ob. agroturystyka). W schronisku chcieli
30 zł za nocleg (!) a w ośrodku uczelnianym 25 zł. Na wszelki wypadek skierowaliśmy się jeszcze na ośodek "Szczeliniec".
Trochę potrwało nim szefa dorwaliśmy, ale mieli pokój dwuosobowy za 60 zł. Bez namysłu wzięliśmy (wszak to tylko 20zł/głowę). Kiedy przygotowywali nam pokój
odpoczywaliśmy w restauracji, przy niesamowicie tanim piwku. W końcu doczekaliśmy się na pokój. Zlokalizowany był w budynku ośrodka, nad recepcją. Na parterze była w pełni wyposażona łazienka.
Na piętrze dwa pokoje (schody prowadzące na piętro były tak wąskie, że nie mieściłem się z założonym plecakiem). Na "korytarzu" czajnik elektryczny, lodówka i umywalka, szafka z naczyniami - wszystko do naszej dyspozycji. Pokój też był niesamowity -
dwa łożka, szafa, regał, telewizor... Jak za 20 zł to prawie jak w hotelu:) (ośrodek polecamy: www.szczeliniec.pl)Tego dnia wyszliśmy jeszcze pozwiedzać Karłów.
W sklepie uzupełniliśmy zapasy i wrzucliśmy do przykręconej do jego ściany skrzynki na listy, kilka pocztówek, kupionych
w Kudowie. Później zwiedzaliśmy teren ośrodka (wieżyczka, plac zabaw, oczko wodne). Na zakończenie
znów zajrzeliśmy do restauracji na piwko i ser zasmażany z frytkami. A później trza było wrócić do pokoju. Pooglądaliśmy wiadomości, aby wiedzieć co się dzieje w Polsce i poszliśmy spać.
15 września Kolejny dzień miał być jednym z najbardziej chyba męczących. Znów przywitało nas słońce, nie opuszczające prawie całej naszej wędrówki (poza nocą i ostatnim dniem).
Zdaliśmy klucze do pokoju i dziarsko ruszylismy w kierunku górującego nad Karłowem Szczelińca. Aż do budki informacyjnej szliśmy szlakiem czerwonym, dalej zaś kawałek żółtym, aż do bramki wejściowej. Przekroczyliśmy magiczną bramkę
wejściową na Szczeliniec. Tu szliśmy głównie schodami i to raczej takimi jednego rodzaju.
Nie szło się długo szczelinieckim skalistym zboczem, toteż w pełni sił stanęliśmy wśród zabudowań
schroniska PTTK "Na Szczelińcu". W środku było pusto, zamówiliśmy po piwie i usiedliśmy przy
stole przed schroniskiem. Z tarasu widokowego rosprzestrzeniał się piękny widok na okolice (m.in. na Pasterkę). Schronisko było wyremontowane, przed nim stało kilka stołów z ławkami i budki
z pamiątkami. Jedną właśnie otwierano. W skałach wmurowane były tablice pamiątkowe poświęcone Goethemu i pierwszemu przewodnikowi górskiemu - Franciszkowi Pablemu.
Po krótkim odpoczynku poszliśmy dalej. Kupiliśmy bilety do Skalnego Labiryntu i rozpoczęliśmy dogłębne poznawanie porytego szczelinami Szczelińca.
Tu też momentami było ciasno (nawet ciaśniej niż w Błędnych Skalach). Wiele form Skalnych mialo fantazyjne kształty (np. Małpolud), trafilismy też na wiele
bardzo dobrze usytuowanych punktów widokowych. Wspaniałe wrażenie robiło Piekło - najgłębsza szczelina, przez którą prowadziła ścieżka wychodząca poprzez wyryte w skalach schody - do Nieba.
Wiele ciekawych zdjęć tu zrobiliśmy, wiele okolicy też zobaczyliśmy z poziomu tarasów widokowych. Niestety i stąd musieliśmy w końcu iść. Schodziło się takimi samymi schodami jak się wchodziło.
Punktem wyjścia była bramka wyjściowa, umiejscowiona obok wejściowej. Znów trafiliśmy na znany nam szlak czerwony. Ale teraz poszliśmy w lewo...
Teraz podążaliśmy wzdłuż zboczem Szczelińca poprzez las. Jakieś pół godzinki nam zeszło aż dotarliśmy do umiejscowionego przy szosie do Pasterki
Kamienia Popielnego. Tu chwilę odpoczęliśmy. Następnie przecięliśmy szosę i Pustą Ścieżką
zaczęliśmy gwałtownie schodzić w dół. Dotarliśmy do węzła szlaku niebieskiego i czerwonego.
Zostaliśmy wierni czerwonemu i rozpoczęliśmy długie, aczkolwiek niezbyt męczące podejście meandrującą Drogą nad Urwiskiem.
Była to szeroka utwardzona leśna droga, którą mieliśmy podążać przez najbliższy dość długi czas. Wędrówka nią nie dawała się zbytnio we znaki. W jednym miejscu była oznakowana
droga na punkt widokowy, ale niestety dotarcie do niego zajęło by zbyt dużo czasu, więc się poddałem i zawróciłem
na główną drogę. Minęliśmy węzeł ze szlakiem zielonym idącym ostro w górę do Kształtnej Łąki i po krótkim czasie znów napotkaliśmy szosę.
Jak głosiła mapa była to "Szosa stu zakrętów". Przekroczyliśmy ją i na parkingu, na którym stało kilka aut osobowych i z dwa autokary,
zatrzymaliśmy się na chwilę. Tu spodziewaliśmy się spotkać więcej turystów, ale ostatecznie spotkaliśmy łącznie kilkanaście osób...
Poszliśmy czerwonym szlakiem, droga wiodąca zresztą cały czas lasami była dość szeroka. Na rozwidleniu na "Burzącej Łące" zeszliśmy na zielony szlak rowerowy. Z jego znakami
dotarliśmy do węzła czerwonego i żółtego szlaku. Żóty wiódł między Skalnymi Grzybami, toteż wybraliśmy jego.
Szlak ten często zakręcał i wił się między ukrytymi między drzewami ostańcami skalnymi.
Część skał leżała bezpośrednio przy szlaku (m.in. Adam, Młot, Dwa Borowiki) i tym najokazalszym
robiliśmy zdjęcia. Były to dość ciekawe obiekty, dziwnie ukształtowane, choć po wcześniejszej bytności w Błędnych
Skałach i na Szczelińcu odczuwaliśmy pewien niedosyt. Jednakże rzecz ujmując ogólnie warto było obejrzeć Skalne Grzyby chociaż w części.
W części, gdyż zeszliśmy na szlak niebieski w połowie wędrówki między Grzybami. Zeszliśmy nim (przecinając drogę ze szlakiem czerwonym)
na szeroką drogę prowadzącą do Batorówka. W Batorówku odpoczęliśmy na ławce przy nieczynnym sklepie, obok stały wiaty przy parkingu. Słońce grzało bardzo mocno, ale
zebraliśmy się w sobie i poszliśmy dalej. Weszliśmy na chwilę na szosę, chwilę później za znakami żółtego szlaku zeszliśmy z niej w lewo. Weszliśmy w
Cygański Wąwóz. Kolejne piękne miejsce na trasie. Lewe zbocze tego wąwozu pokrywały kawałki skał ułożone jakby w mur - były to dość regularne prostopadłościany. Za Wąwozem wyszliśmy na szosę w Batorowie. Tu
planowaliśmy znaleźć nocleg. Udaliśmy się do Górskiej Bazy Turystycznej (czy jakoś tak), położonej
w zasadzie już za Batorowem. Szefa nie było, jego syn powiedział nam, że być może są miejsca na sali wieloosobowej.
Usiedliśmy, poczęliśmy dzwonić po różnych miejscach (nie było łatwo - prawie zero zasięgu), myśleć... I daliśmy sobie spokój z Batorowem. Rozważając różne możliwości
poszliśmy do Szczytnej. Szliśmy asfaltem, i to spory kawał, ale siłą rzeczy się opłaciło...
Weszliśmy między zabudowania Szczytnej, małej uzdrowiskowej miejscowości. Nad
nią wznosiła się góra (chyba Szczytnik) na zboczu której widać było zabudowania Zamku Leśna (sanktuarium, Muzeum Misyjne, i coś jeszcze). My zaś
niżej, minęliśmy idąc wzdłuż płynącego z prawej Kamiennego Potoku, zabytkowy budynek remizy strażackiej. Chyba nawet uwieczniliśmy go na zdjęciu.
Wchodziliśmy coraz bardziej w głąb miejscowości, szukając jakiegokolwiek lokalu z zimnymi napojami i jedzeniem... Z lewej po chwili ujrzeliśmy kościół ś. Jana Chrzciciela. Jednak za dużo schodów było
do pokonania aby go zwiedzić, toteż darowaliśmy sobie... Stanęliśmy w końcu w centrum wsi, przy szosie z Kłodzka do przejścia granicznego w Kudowie-Słonym.
Strasznie duży ruch był ale jakoś przeszliśmy. Wypatrzyliśmy czynny maly bar naprzeciw i skierowaliśmu swe kroki w jego stronę. I znów zimne piwko, i fast-food.
Tanio i miły właściciel, płaciliśmy dopiero na koniec - jak w restauracji:). Mało tego, chciał nas jeszcze podwieźć do "Kameli"... Właśnie, Kamela - ośrodek w którym załatwiliśmy sobie nocleg.
Po wyjściu z baru udaliśmy się do bankomatu, aby każdy uzupelnił uszczuplający się w zatrważającym tempie zapas gotówki papierowo-bilonowej. Pożniej jeszcze zakupy i w drogę na ul. Sienkiewicza 30, do "Kameli". Cholera - jak daleko to było!
Niby numer 30 tylko, ale po 15-tym pustka nastała... Dopiero później za zakrętem na Polanicę znów budynki się zjawiły. I tak trafiliśmy na niezłe zadupie, ale ważne, że tu mieli miejsca. Kosztowało nas to 25 zł od osoby.
Budynek ośrodka miał chyba 3 piętra, a my byliśmy na 2-gim. Pokoje z umywalką, 3 łóżka plus szafki nocne i balkon. Trafiliśmy jeszcze na ostatnie wycieczki szkolne - jak poinformowała mnie Kierowniczka Domu Wczasowego, zresztą dość miła kobieta (w sumie ten
ośrodek też możemy polecić: www.kamela.info.pl). Prysznice i wc na korytarzu. Mieliśmy dość poważny problem z resztą wyjazdu, gdzie iść, gdzie nocować, itp. Wiele obiektów miało komplety jeśli chodzi o noclegi. Mieliśmy następnego dnia iść do Zieleńca
ale wszystko było zajęte w schronisku. I znów w kropce. W końcu podjęliśmy jedną decyzję - postanowiłem, że wystartujemy następnego dnia z Polanicy, podjeżdżając do niej PKS-em. Dziewczyny na to przstały, więc na razie mogliśmy iść spać.
16 września Zwinęliśmy się dość szybko rano, zostawiliśmy klucz i wyszliśmy z "Kameli".
Przystanek był tuż przed budynkiem. Na PKS do Polanicy nie czekaliśmy nawet 20 minut. Wsiedliśmy i znów dużo płacąc, przejechaliśmy te 3 przystanki. Wysiedliśmy na obrzeżach Polanicy i cofnęliśmy się lekko.
Pilnując się mapy dotarliśmy w okolice Dworca PKP. Wpierw uderzyliśmy do sklepu po coś do picia,
a później zasiedliśmy przy wielkim dębie koło stacji, aby pomyśleć nad przyszłością wyjazdu. Skontaktowaliśmy się z Mroziem, aby nam poszukał nr telefonów w internecie.
Mimo uzyskanych danych nie zdołaliśmy skontaktować się ze schroniskiem na Przełęczy Spalona.
Tymczasowa nasza decyzja była taka, że idziemy z Polanicy do Pokrzywna na rozwidlenie szlaków, i tam zastanowimy się co i jak.
Tak też zrobiliśmy. Minęliśmy po drodze nowy kościół i zaczęliśmy piąć się pod górę asfaltem. To była męcząca droga. Przyszedlłem na rozwidlenie 20 min. przed dziewczynami, wkurzonymi na mnie, że je zostawiłem. Ale w końcu im minęło.
Z powodów niskich funduszy jakimi dysponowaliśmy i trudnościami w znalezieniu noclegu, postanowiliśmy wracać na rodzinną Ziemią Radomską tegoż dnia wieczorem. Póki co, na razie postawiliśy sobie na cel dotarcie do Bystrzycy Kłodziej na własnych nogach.
Wybraliśmy więc żółty szlak. Prowadził on dość szeroką idącą nie zawsze mocno zauważalnie pod górę. W sumie szło się bardzo przyjemnie, nie męcząc się, chcociaż szło się pod górę. Mijaliśmy z lewej kilka szczytów - Toczek, Łomnicka Równia,
Anielska Kopa, Kościelnik. Z prawej zaś napotykaliśmy punkty widokowe. Przy szlaku stało kilka wiat. Drogą tą szliśmy ładny kawałek czasu, aż do Huty. Zanim tam jednak byliśmy,
zobaczyliśmy głaz graniczny z niemieckimi napisami, oraz zniszczony drzewostan na stokach Kościelnika. Przed wejściem do Huty natrafiliśmy na ekipę GOPR-owców ubezpieczających wyścig kolarski, a takżę uczestników samego wyścigi - co chwila, któryś śmigał drogą.
Z naprzeciwka natomiast minęła nas gromada harcerzy. Odpoczęliśmy trochę. Mieliśmy w planach zwiedzenie Fortu Wilhelma znajdującego się nieopodal w lesie,
ale przeszkodził nam wyścig z jednej strony, a z drugiej prowadzona zrywka drewna. Niedługa już droga przed nami była, toteż ruszyliśmy. Teraz szliśmy
otwartą przestrzenią, zboczami Barczowej i Kościelnicy, zaadaptowanymi na pola. Rozciągał się stąd
piękny widok na okolice, ale Bystrzycy widać nie było. Nasza szeroka polna droga w końcu weszła w pseudo-las i coraz bardziej zarośniętą ścieżyną
podążąliśmy w dół. W końcu nadszedł moment wdarcia się na asfalt. Nastąpiło to we wsi Zalesie, koło położonej hen wysoko nad nami z prawej strony hacjendy. Z wartych uwagi budowli jedynie kościół drewniany uwieczniliśmy na zdjęciu.
Szosa, którą podążąliśmy, wyprowadziła nas za jakimiś zakładami na główniejszy obiekt tej klasy - Bytrzyca-Lasówka. Spojrzeliśmy na przystanek PKS, ale niestety nie był to
przystanek w naszą stronę, więc poszliśmy w lewo, szukać kolejnego. I znaleźliśmy, ale rozkładu jakby nie było. Więc dalej poszliśmy, dzieczyny zostawiłem z tyłu
(i muszę przyznać pomyślały - zakupiły po drodze odpowiednie zaopatrzenie). Ja zaś dotarłem do przystanku PKS, na którym widniało, iż ostatni autobus do Bystrzycy odjechał po... 12-tej...
Siedliśmy więc nad rzeczką Bystrzycą Łomnicką i smakując Tyskie, zatrzymaliśmy się na dłuższy odpoczynek. Gdy już odpoczęliśmy i dokładnie sprawdziliśmy sobie odjazdy pociągów podążyliśmy drogą ku Bystrzycy.
Zostawiliśmy już niebawem za sobą Starą, a weszliśmy do Bystrzycy Kłodzkiej. Ulicą Wojska Polskiego wkraczaliśmy przy zachmurzeniu dość znacznym między budowle tego - na pierwszy rzut oka - niegościnnego miasta.
Wszędzie pustki, odrapane budowle (choć mijaliśmy też bloki) i zamknięte sklepy. Pilnując planu, minęliśmy zabytkowy kościół św. Michała Archanioła
i skierowaliśmy się na plac Wolności. Otaczały go zabytkowe kamieniczki, a środek zajmowała bryła ratusza, przy której wznosił się pomnik. Ponadto zlokalizowana była tutaj pizzeria "Helios". Mieliśmy czasu sporo, więc obeszliśmy rynek. Niestety nie dostaliśmy się do Muzeum Filumenistycznego, gdyż
w te sobotnie popołudnie było już nieczynne. Potem szukaliśmy lokalu z jedzeniem - i wrócić musieliśmy do pizzeri. Nic innego (poza barem Społem) w okolicy czynne nie było. Kolejne chwile zeszły nam na jedzeniu pizzy. Po posileniu się ruszyliśmy na Dworzec PKP.
Przekroczyliśmy Basztę Rycerską, za nią w prawo i już po chwili byliśmy na dworcu. Budunek zamknięty, rozlatujący się. Zadaszenie peronu rozlatujące się. Tor jeden, krzaczastymi roślinkami zarośnięty. Ale pociągi pospieszne międzynarodowych relacji tu się zatrzymują. Dziwne. Ale to Polska. Tu wszystko jest możliwe...
Czekaliśmy jeszcze chyba z godzinę na pociąg, w międzyczasie jak otworzyli stację kupiliśmy bilety do Radomia. Nasz pociąg był relacji Praga-Poznań. Nim dotarliśmy ponownie do odwiedzonego już jakiś czas wcześniej - Wrocławia. Z Wrocławia zaś bezpośrednio jechaliśmy do Radomia. Przedział mieliśmy pusty z początku, po chwili dosiadł
się jakiś jegomość z wielką torbą, ale całkiem sympatyczny, więc sobie pogadaliśmy kawałek czasu. A później... próba spania w przedziale nie do końca udana (jak dla mnie). Poranek powitał nas w Radomiu...