Organizator: MKKT PTTK nr 200 "Piechurzy" przy OM PTTK w Radomiu; Kierownictwo:
Jarek Walewski (kierownik), Łukasz Sobol (z-ca kierownika, szef trasy), Magda Cichy (sekretariat & konkursy),
Mateusz Paliczuk (kwatermistrz), Iza Zugaj (szef trasy dowolnej), Wojtek Sadlik (szef trasy P2), Darek Mrozowicz
(szef trasy P3) Materiały: znaczek, informator, część testów - Łukasz Sobol. Konkursy, testy - Magda Cichy.
Rajd, że tak napiszę rodził się w bólach. Strasznie niska frekwencja postawiła pod znakiem zapytania sens
zorganizowania tegoż Rajdu w tym roku. Ale w końcu zorganizowaliśmy. Zgłosiło się 33 osoby, z tegoż też powodu przeprowadziliśmy jedną trasę - P2.
Jedna ekipa - KTK "Orkan" z własnym transportem uczestniczyła w trasie dowolnej. Ekipy wędrujące na trasie P2 to: ZSPonadgimnazjalnych z Białobrzegów,
Publiczne Gimnazjum w Białobrzegach i Publiczna Szkoła Podstawowa nr 18 z Radomia. Kameralnie.
Wyjechaliśmy z Radomia w komplecie koło 8.10. Środkiem transportu był autokar MPK radomskiego. Szczerze mówiąc
spodziewaliśmy się trochę gorszego pojazdu... Nic to. Wsiedliśmy i w drogę! Jazda do Zębca minęła nam dośc szybko - jakoś koło godzinki.
Na przystanku PKS w Zębcu żwawo opuściliśmy autobus i przeszliśmy z uczestnikami do szlabanu przy drodze leśnej, już przy żółtym szlaku.
Jarecki, Cicha, Mateusz i Paweł pojechali z bagażami do szkoły. Zebrawszy uczestników w jednym miejscu powitałem ich, przedstawiłem kadrę
i wydałem świadczenia, na które składały się: mapa z naniesioną trasą, 3 testy do rozwiązania (krajoznawczy, wiedzy o środowisku, wiedzy o Św. Mikołaju),
informator rajdowy, opis trasy i pamiątkowe znaczki. W międzyczasie na chwilę wśród uczestników pojawiła się ekipa z "Orkana", zmierzająca fordem transitem do szkoły. Po wydaniu świadczeń i słownym wprowadzeniu,
ruszyłem z Wojtkiem szlakiem żółtym, za nami uczestnicy, a tyły zamykali Iza, Liszaja i Mroziu.
Pogoda była niesamowita. Niby 9 grudnia, ale było ponad 10°C a dodatkowo słońce dogrzewało.
Znów jak 6 lat wcześniej zupełnie nietypowa pogoda na nietypowym rajdzie... Pierwszy etap drogi minął nam szybko dośc i sprawnie.
Szerokimi drogami, nieraz dość zabłoconymi przemierzaliśmy lasy starachowickie. Tempo nie było szybkie, bo pogoda rozleniwiała raczej.
A poza tym, nie było po co śpieszyć się do szkoły. Regulatorem czasu miało być ognisko po drodze.
Pierwszy etap trasy kończył się tuż przed Lubienią, od tego momentu dodatkowo więcej zdjęć zacząłem robić Izy aparatem (cyfrówka dobra rzecz).
Tu daliśmy wytchnąć uczestnikom (nawet kilka ławek w polu stało). Odpoczynek trwał z 15 minut, pojedliśmy, popiliśmy i dalej w drogę.
Przeszliśmy przez Lubienię, chwilę poczekaliśmy na tyły na obrzeżach rez. "Rosochacz" i dalej, zmuszając się momentami do spacerowego tempa szliśmy starając się trzymać zwartą grupę.
Minęliśmy Henryków i po niedługim czasie znów poczekaliśmy na ogon, bo chwile nas dzieliły od najbardziej zarośniętego odcinka trasy. Wreszcie zeszliśmy z dróg ładnych, zmieniając
je na bardziej trawiaste i bardziej zarośnięte. Choć co ciekawszą drożnię dawkowaliśmy stopniowo... Stanęliśmy w końcu na rozwidleniu, z którego wąską ścieżynką (ku zdziwieniu niektórych),
gęsiego, często pochylając się dość nisko, ruszyliśmy na południe. Kilka minut sprawnego marszu i wyszliśmy na skały w rez. "Skały pod Adamowem".
Podobał się on uczestnikom. Ciekawe formy skalne, piaskowcowe, jak Iza wyjaśniła, "taras widokowy" pod linią wysokiego napięcia... Dużo zdjęć tu zrobiliśmy.
Po obejrzeniu wstępnym kilku skał, poszliśmy wzdłuż nich do jednej, pod którą zlokalizowane było miejsce na ognisko. Skierowałem uczestników do szukania drewna i szukania kijków na kiełbasę, a ja wróciłem jeszcze na skałki porobić kilka zdjęć.
Później wróciłem, zobaczyłem już niezły stos drewna i zacząłem przygotowywać ognisko. Z rozpaleniem nie było problemu, toteż po chwili
podskalny ogień już buchał... Iza z Liszają podzieliły kiełbasę i naszykowały chleb i wydaliśmy to uczestnikom. Później z Izą i Wojtkiem poszliśmy dalej wzdłuż skał szukać kolejnych form skalnych.
Nie muszę chyba pisać, że były ciekawe. Skały ciągnęły się jeszcze chyba na długości ok. kilometra. My zwiedziliśmy te najbliższe. Uczestnicy też nie mogli sobie darować i co jakiś czas widzieliśmy ich na niektórych skałach.
Wróciliśmy do ogniska, zjedliśmy i my kiełbaski i po ponad godzinie wypoczynku w rezerwacie zaczęliśmy zbierać się do drogi. Zagasiłem ognisko i ścieżką opadającą w dół ruszyliśmy dalej w trasę.
Przed nami przedostatni etap. Weszliśmy na przecinkę leśną i zmierzaliśmy prosto jak strzała ku Rudzie. Przekroczyliśmy po drodze szosę do Starachowic,
i po kilkunastu minutach wyszliśmy na asfalt w Rudzie. W lewo do centrum wsi i w prawo przez wieś... Uczestnicy niemożliwie się rozciągnęli, ale metą tego etapu był sklep w Rudzie więc tam chcieliśmy dać im odpocząć (szczególnie ekipie z podstawówki).
Sklep się pojawił dość szybko, my też zrobiliśmy tam zakupy (coś do picia, chipsy i zupki wietnamskie na obiad...) i zasiedliśmy na ławce na zewnątrz sklepu. Niektórzy przechwycili stojącą obok huśtawkę. Każdy bez problemu znalazł miejsce siedzące.
Po odpoczynku, wskazaliśmy zainteresowanym szkołe widoczną w oddali już nawet z Rudy i szosą uderzyliśmy dalej.
Przy torach poszliśmy w lewo, dalej przez przejazd i ku widocznej tamie na Kamiennej. Z prawej zaczął nam towarzyszyć Zalew Brodzki. Wędkarzy dużo nie było. Wedle znaków szlaku czerwonego weszliśmy w końcu na tamę,
i przy urządzeniach śluzy poczekaliśmy na wszystkich. Potrwało to kilka ładnych minut... Dalej ruszyliśmy wolno kompletem ludzi, za pomnikiem poświęconym Staszicowi odbiliśmy w lewo i przy sklepie w prawo, pod górę. Przy okazji sprawdziliśmy do której sklep był czynny.
Uliczkami Krynek doszliśmy w pobliże szkoły, z naprzeciwka szła akurat Cicha. Jarecki z ekipą siedział jeszcze na skałach w Rudzie. Wywiedziałem się od Magdy wszystkiego co mogłem o szkole i zaprowadziła nas do wejścia. Gimnazjum w Krynkach sprawiało wrażenie dość nowej szkoły.
Korytarzem od wejścia z płn. strony budynku wleźliśmy na teren szkoły. 29 uczestników wybierając miejsce na sali gimnastycznej chyba pierwszy raz miało taką swobodę wyboru... Nas Magda zaprowadziła do pokoju kadry i tam rozlokowaliśmy swe rzeczy. Później poszedłem zwiedzać szkołę. Następnie siedliśmy w szatni (to był nasz "pokój") i zajęliśmy się
jedzeniem chyba głównie. No i czekaniem na kierownika rajdu rzecz jasna. W międzyczasie Cicha ustaliła co i jak z konkursami.
Jarecki z Mateuszem przyszli niebawem i pierwszym naszym zajęciem było wyjście do sklepu. Zajęliśmy się tym koło 17. Poszliśmy w piątkę (Cicha, Jarecki, ja, Mroziu i Wojtek).
Dokonaliśmy zakupu żywności i napojów, a ponadto wyciągnałem jeszcze od sprzedawczyni dwa otwieracze do piwa. Wróciliśmy do szkoły. Na 19 ustaliliśmy rozpoczęcie konkursów. O 18-tej miała
przyjść Pani Dyrektor Gimnazjum, jednak nie mogła się pojawić. Zamknąłem więc na klucz szkołę, aby nie mieć wejścia na oku i zajęliśmy się dalej różnymi drobnymi sprawami. Część grała w siatkówkę, Iza czytała, Magda przygotowywała się do konkursów, itp. ...
Wreszcie przyszed czas na konkursy. W międzyczasie oddano mi kilka testów. Wpierw był konkurs malowany, zaraz po nim zaczął się konkurs będący chyba najlepszym elementem wieczoru :)
Chodzi oczywiście o wchodzenie po linie. Linę zawiesili wcześniej Jarek z Mateuszem na jednym z elementów podtrzymujących dach sali. Startujący w konkursie, mogli się sprawdzić w umiejętności wchodzenia po linie w kompletnym osprzęcie, który zakładał
Mateusz. Jarek asekurował wspinających. Konkurs trwał długo, bo spotkał się z wielkim jak na ilość uczestników zainteresowaniem. Wejść po linie zdecydowały się też dwie opiekunki - Alicja Krawczyk i Wioletta Ziemnicka. Na koniec weszli i nasi: Cicha, Wojtek i Mroziu. Następnie Iza pomogła Jareckiemu ze zdjęciem liny, Cicha zabrała się za InO-Mrówkę, a reszta poszła dopilnować Mateusza aby
odpowiednio się za Mikołaja przebrał. Z tym był problem ale jakoś skompletowaliśmy mu cały ubiór. Kolejnym zadaniem było wymyślenie "wejścia Mikołaja"...
Jarek w końcu złożył sprzęt i dołączył do naszych rozważań. Magda dalej prowadziła Ino-Mrówkę, a Mateusz w przebraniu ledwo żył... Chyba trochę ciepło mu było.
A Mrówka się przeciągała z racji ilości uczestników. Kilka razy zaglądałem na salę obserwując postępy startujących. W końcu wymyślelismy wejście, Magda skończyła InO i wkroczyliśmy do akcji.
Schowanego w śpiworze wnieśliśmy Wojtka na salę i Jarek rozpoczął improwizaję nt. przyniesionego w worze Mikołaja. Wyciągnęli Wojtka, zaskoczeni, że to nie Mikołaj, a wtedy wspomniany wszedł przez drzwi na salę. I skarcił renifera, którym właściwie był Wojtek.
Mikołaj siadł, oznajmił że za każdy prezent coś trzeba będzie zrobić i wziął się za rozdawanie prezentów. Mało ich było, bo mało uczestników dorzuciło coś do worka. Dobrze, że choć każdy z opiekunów coś dostał.
A wykupienia prezentów były różne: taniec, piosenka, wierszyk... Po prezentach Mikołaj się zwinął (było już chyba po 21) a my daliśmy uczestnikom obie piłki, a sami udaliśmy się odpocząć do szatni. W zasadzie tej nocy nic się już nie działo, prócz tego, że jedna osoba
skręciła kostkę czy jakoś tak. Ale zainterweniował Jarek a Iza miała maść na tego typu przypadłości, i rano chłopak mógł już chodzić spokojnie.
Po 23-ciej zgasiliśmy światła na sali. Sami siedzieliśmy chyba do drugiej, to i tak nie to samo co kiedyś... Ale nieźle było. Pobudkę ustalilismy na siódmą.
Wstałem w końcu o szóstej, i spotkałem na korytarzu dzieciaka, który chciał żebym już otworzył szkołę, bo chciał się przewietrzyć. Szok, co za pomysły. Otworzyłem mu po siódmej.
Reszta wstała po siódmej i wzięliśmy się do roboty, sprawnie pakując swój sprzęt. Ci co powstawali wcześniej i byli po śniadaniu na sali gimnastycznej, zaczęli już sprzątać. Tak, że szło sprawnie bardzo. O 8.45 zrobiliśmy zakończenie, niestety bez dyplomów.
Ale z nagrodami, a dyplomy jeszcze dodrukujemy. Przed zakończeniem dałem uczestnikom potwierdzenia przejścia tras. Szybko poszło zakończenie, później wzięliśmy się za dalsze sprzątanie. Uczestnicy prawie skończyli na sali. Ja z Mateuszem zajęliśmy się śmieciami, reszta sprzątała podłogę u nas w szatni i na korytarzu.
Chcialiśmy pozmywać podłogę, ale przybyły w międzyczasie dozorca powiedział, że to zupełnie zbędne, bo on wpadnie z ekipą i to zrobi. To też nas zaskoczyło. Następnie przyszła Pani Dyrektor i poszedłem z Jarekim załatwiać sprawę opłaty, przy okazji wręczylismy
przygotowany wcześniej prezent dla Dyrektorki. Wypisała nam rachunek, zapłaciliśmy i zostało nam tylko czekać na autobus. Wyszedłem na chwile ze szkoły i zobaczyłem że jest już, więc wszyscy opuściliśmy szkołę i udaliśmy się do autobusu. Gdy wewnątrz był już
komplet - odjechaliśmy. O 11 bylismy pod oddziałem PTTK. Tam wszyscy się rozstali.
Znaczek z tegorocznego Rajdu (kadrowy - czerwona obwódka)
W miarę szczegółowy opis odcinka trasy z Zębca do tamy w Brodach znaleźć można tutaj.