Góry Chęcińskie i okolice (Chęciny - Skałka) 29 XII 2006 r.
Trasa jaką przebyliśmy na kilkudniowym wyjeździe przed-sylwestrowym. Uczestniczyli:
Iza Z., Agata W. i Kaska ?. no i ja.
Trasę rozpoczęliśmy z chęcińskiego rynku, na który dotarliśmy busem z Kielc. Pogoda była dość znośna,
a nawet świetna jak na grudniową porę. Jednak cholernie psuła widoczność wszechobecna mgła... Z Rynku ruszyliśmy ulicą Jędrzejowską, omijając z prawej Górę Zamkową. Każdy z nas był już na niej
kilka razy więc sobie po prostu darowaliśmy. Doszliśmy do parkingu, przy którym pojawiły się znaki szlaku żółtego do Wiernej Rzeki.
Po drugiej stronie ulicy wznosiła się kapliczka z zupełnie nieczytelnym napisem, być może XIX-wieczna. Poszliśmy dalej szlakiem, wiódł szosą. Mgła uniemożliwiała
obejrzenie Góry Rzepki. Z lewej zaczął zbliżać się las, a my po chwili wkroczyliśmy między
pierwsze zabudowania Korzecka. Tu skręciliśmy w prawo i zaraz za jednym ogrodzeniem
w lewo, jakąś niewidzialną drogą. Przekroczyliśmy mostek na jakimś ścieku i idąc dalej za znakiem na słupie
wyszliśmy na drogę polną wzbijającą się lekko pod górę.
Co jakiś czas się odwracaliśmy ale kwestia widoków
była przegrana. Doszliśmy w końcu do ściany lasu. Weszliśmy weń i ścieżką leśną podążyliśmy w prawo. Wiła się ona jakiś czas
blisko granicy lasu, później zaś odbiła bardziej na zachód. Podchodziliśmy pod kolejne wzniesienia, raczej tego nie odczuwając - najwyższe, Glinianki,
miało 336 m n.p.m. Ścieżka którą podążaliśmy jakieś 1,5 km przed wyjściem na szosę gwałtownie opadła, nie oznaczało to jednak na szczęście równie gwałtownego podejścia później.
Właśnie, szosa... Wyszliśmy na szosę przed Jedlnicą, na zakręcie. Dwóch siedzących w wykręcającym
nieopodal "starze" osobników dziwnie na nas spojrzało. Co tam, poszliśmy dalej, prosto. Przeszliśmy przez most
na Hutce i za przystankiem PKS, na zakręcie szosy, zeszliśmy z niej na utwardzoną drogę, wiodącą wedle zabudowań. Tędy
prowadził szlak niebieski. Żółty po chwili odbił w prawo, wdrapując się na Grząby Bolmińskie. A my niebieskim pokonaliśmy bardzo szybko odcinek jakiś 2,5-kilometrowy
właśnie do Bolmina, od którego wzniesienia okoliczne wzięły nazwę.
Do Bolmina wchodząc liczyliśmy na gościnność leżącego przy drodze baru. Niestety,
otwarty był dopiero od 16, więc poszliśmy dalej. Po chwili trafiliśmy na sklep, zadzwoniłem dzwonkiem i po chwili
drzwi zostały otworzone. Dokonaliśmy zakupów, niektórzy mało, niektórzy jak Kaśka, dużo i to skomplikowanych, i siedliśmy
na ławeczce obok skonsumować to co mieliśmy. Po posiłku ruszyliśmy dalej, w prawo, przez wieś. Na łuku drogi, skręciliśmy (przed przystankiem PKS)
w prawo, w kierunku dość ładnej dużej szkoły. Minąłiśmy ją z lewej po chwili, następnie
umiejscowiony za nią stadion i stanęliśmy przez ruinami XVI-XVII wiecznego pałacu. Połaziliśmy po ruinach tej teraz dwukondygnacyjnej budowli,
rzuciliśmy okiem na okoliczne pozostałości parku i poszliśmy dalej. Szliśmy polną drogą piąć się ku górze, na grzbiet Grząbów.
Stanąwszy już na jakimś większym wypłaszczeniu, zastanawialiśmy się, którędy winien przebiegać szlak żółty na który
chcieliśmy wrócić. Uznaliśmy, że to właściwa droga i poszliśmy w lewo. Szliśmy i szliśmy, a znaków nie było. Po
dłuższym czasie skręciliśmy w prawo, dochodząc do miejsca, gdzie na skrzyżowaniu droga idąca
na północ opadała dość ostro. Teraz doszliśmy do wniosku, że to chyba tędy szlak idzie.
Poszedłem z Agatą szukać znaków. Znalazłem tylko drzewo ze skasowanym znakiem, więc wróciłęm na
skrzyżowanie. Dziewczyny uznały, że szlak musi iść już tu na północ, więc poszliśmy w dół.
Znów wkroczyliśmy między pola. Na skrzyżowaniu w kształcie litery T, spojrzałem na mapę,
i wedle wyczytanych znaków wyszło, że szlak idzie kawałek od nas, lasem na zachód od nas. Tam też poszliśmy, na skóty
poprzez ośnieżone lekko pola.
Po drodze przekraczaliśmy wąski młodnik. Wtedy zauważyłem jak coś porusza się za jednym
z drzewek. Ku memu zdumionemu wzrokowi był to lis, który wpadł w tzw. "oczko", zastawioną pułapkę. Łapę uwiązaną do drutu
miał cholernie zmasakrowaną. Wedle słów Kaśki wzięliśmy się za jego ratowanie, szukając jakichkolwiek namiarów
na leśnictwa. Postanowiliśmy iść do najbliższej gajówki. Idąc do niej spotkaliśmy drwali. Poszedłem z nimi pogadać, dzięki czemu
dowiedziałem się, że nie ma tej gajówki do której zmierzamy. Powiedzieli za to pod jakie leśnictwo podlega ten teren.
Wróciliśmy więc na szlak i idąc dalej, po wyjściu z lasu, przy polnej drodze prowadzącej do Miedzianki,
udało nam się skontaktować z leśniczym tego terenu. Poinformowałem gdzie jest lis i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, poszliśmy dalej.
Odcinek mały polnymi drogami przemierzaliśmy. Weszliśmy
w końcu do Miedzianki, szosą poszliśmy w prawo przez wieś. Nie wiedzieliśmy jak najlepiej wejść na
Górę Miedziankę od tej strony, bo szlak prowadził prosto, a pamiętaliśmy czasy jak wchodziło się inaczej... W końcu zaczęliśmy wchodzić jakąś wąską ścieżką idącą w kierunku grupy drzew.
Przeszliśmy drzewa i od teraz zmagaliśmy się ze skałami i skalnymi zboczami. Momentami robiło się naprawdę stromo. Na przełaj dotarliśmy do ścieżki dydaktycznej.
Nią weszliśmy na zachodnie zgrupowanie szczytowe skał. Tu między krzakami spoczęliśmy. Mgła
oczywiście uniemożliwiała podziwianie okolic. Iza w międzyczasie zasięgnęła informacji
o połączeniach kolejowych z Wiernej Rzeki, do której mieliśmy pierwotnie iść. Gdy się okazało, że mamy do pociągu dwie godziny,
uznaliśmy za bezsensowne pchanie się do Wiernej. Postanowiliśmy pójść na północny-wschód - do Skałki. Tak też zrobiliśmy.
Zieloną ścieżką dydaktyczną wróciliśmy się kawałek na dół i wspięliśmy się na przeciwległy szczyt. Z niego, dalej za znakami zeszliśmy stromą jak cholera ścieżką w kierunku północnym.
Płaskie odcinki pojawiały sie tylko chwilowo. Przeszliśmy mały las, i po chwili ścieżka wyprowadziła nas na szosę. Poszliśmy w prawo, na zakręcie szosy zeszliśmy z niej, i poszliśmy kawałek prosto, i po chwili skręciliśmy w lewo
w szeroką drogę idącą przy byłym kamieniołomie na północ. Chwilę później zobaczyliśmy, że kroczymy
dość wysokim nasypem. Po bokach mijaliśmy las oraz wyrobiska po kamieniołomie.
Po niecałych 1,5 km weszliśmy między zabudowania Bławatkowa. Z prawej
torami przesuwał się skład pociągu ku zakładom budowlanym. W Bławatkowie skręciliśmy w prawo i szosą
przekroczyliśmy tory. Zostawiliśmy zabudowania Bławatkowa, weszliśmy do Skałki. Z lewej pojawiły się bloki i garaże.
Z prawej zaś przystanek PKS - ktoś stał na nim, więc wywnioskowaliśmy, że coś zaraz będzie jechało. Jakby na potwierdzenie, gdy się odwróciłem zobaczyliśmy busa.
Machnęliśmy do Izy i Kaśki, gdyż były trochę dalej i szybko przeszliśmy na przystanek. Agata wsiadła, ja poczekałem na biegnące dziewczyny, i zapakowani w komplecie wróciliśmy do Kielc.
Oto i mapka z przebiegiem trasy (czerwona linia) [tutaj]