Góry Świętokrzyskie (Kakonin - Święta Katarzyna) 11 XI 2006 r.
Nadszedł czas na dokończenie rozpoczętej niegdyś trasy - czerwonym szlakiem z Nowej Słupi.
Tym razem wyjechaliśmy koło ósmej i po dziewiątej wyskoczyliśmy z autokaru, który
zmuszony był kluczyć wąskimi drogami okolic Kakonina. Jednak dojechaliśmy, choć często pojawiało się pytanie: "a co jeśli z naprzeciwka coś wyjedzie?".
Ale obeszło się bez komplikacji na drodze. Ruszaliśmy sprzed zagrody, która była jakimś oddziałem Muzeum Wsi Kieleckiej. Stąd błotnistą drogą ruszyliśmy na północ,
wzdłuż ogrodzenia Muzeum. Ciasno było na tej drodze . Szybko jednak weszliśmy w las, wraz ze znakami szlaków niebieskiego i czerwonego i rozpoczęliśmy powolne podchodzenie.
Było po deszczu więc leżące na naszej drodze liście, nie wspomagały przyczepności do podłoża, ale daliśmy radę.
Szlak był dość dobrze znakowany, więc obeszło się bez spoglądania na mapę.
Nie wiem czy minęło pół godziny aż dotarliśmy na Przełęcz Św. Mikołaja (544 m). Tutaj stanęliśmy na chwilę.
Przy szlaku wznosiła się drewniana kapliczka, w której zza krat wyglądała drewniana figura Św. Mikołaja. Tu też swój początek brał szlak niebieski, którym szliśmy. Teraz
podążaliśmy dalej szlakiem czerwonym - na tym odcinku chyba od lat nieodnawianym. Momentami straszyły jego wielkie rozrośnięte znaki na mijanych drzewach.
Droga nasza wiodła teraz lekko pod górę, aby w końcu opaść dość znacznie ku Przełęczy Kakonińskiej.
Z Przełęczy rozpoczęliśmy podejście pod górę, miejscami dość kamieniste, ale niezbyt długie. W końcu po niedługim czasie stanęliśmy na szczycie Św. Agata. Stąd spokojnym krokiem
na zachód coraz śmielej kroczyliśmy ku Łysicy. Tu też spotkaliśmy pierwszych turystów na naszej drodze.
Jeszcze chwilka i stanęliśmy swymi stopami u stóp krzyża na szczycie Łysicy. Gołoborze
i okolice były widoczne tylko w miernym stopniu - całą drogę otaczała nas mgła. Teraz czas na zejście.
Wedle walających się na drodze skał poszliśmy na zachód. Trzeba było ostarożnie iść gdyż wszystko było mokre, a co za tym idzie - śliskie.
Momentami zejścia były ostrzejsze, czasem kawałek udało nam się iść wyrównanym poziomem.
Teraz turystów spotykaliśmy coraz więcej. Coraz ostrzej też schodziliśmy. Po niedługim czasie skręciliśmy wraz ze szlakiem w prawo, i po lekkim łuku
dostarliśmy na miejsce postoju przy kapliczce św. Franciszka. Naprzeciw swe wody wyrzucało źródełko jego imienia. Dalej prosto. Minęliśmy z prawej pomnik Żeromskiego, a przy wyjściu z terenu ogrodzonego - mogiły
pomordowanych w czasie II wojny światowej. Następnie poszliśmy wedle drogi łukiem koło parkingu i wyszliśmy
na szosę w Świętej Katarzynie. Z prawej strony wznosił się klasztor Bernardynek. Szybko poszło, była chyba 12.
Jeszcze tylko pojechaliśmy zwiedzić ruiny zamku w Bodzentynie oraz kościół (z zewnątrz), a później to już w autokar i
przez Starachowice (dla odmiany) pojechaliśmy do Radomia.
Oto i mapka z przebiegiem trasy (czerwona linia) [tutaj]