W zasadzie pierwsza ambitniejsza dłuższa
wyprawa na którą się wybraliśmy większą grupą osób.
5 sierpnia Podróż z Radomia do Krakowa pokonaliśmy dość szybko, choć
podróżowaliśmy oszczędnie - osobówkami. Ale dotarliśmy do Krakowa chyba koło południa. Szybko
skierowaliśmy się na najbliższy przystanek interesującego nas tramwaju i gdy nadjechał
wpakowaliśmy się z całym sprzętem i ruszyliśmy przez to zapchane miasto. Wysiedliśmy w jakiejś tam dzielnicy
nieopodal kościoła przypominającego łódź podwodną. Tutaj znów udaliśmy się na przystanek aby sprawdzić o której mamy autobus
do Będkowic. Z racji iż mieliśmy trochę czasu, to usiedliśmy w pobliskim barze na zupie. Chmielowej. Jak przyjechał autobus
to sprawnie wsiedliśmy i spokojni o przyszłość ruszyliśmy podkrakowskimi drogami ku
Będkowicom.
Wysiedliśmy w samym centrum wsi, przy remizie. Weszliśmy do sklepu (w remizie)
i dokonaliśmy zakupu płynów (było baaardzo ciepło). Po zakupach żółtym szlakiem podążyliśmy na podbój dolinek krakowskich.
Minęliśmy jakiś bar i droga weszła w las, a po chwili w wąwóz, którym dość szybko doszliśmy
do Będkowskiej Bramy. Za nią stały ławeczki, toteż na pierwszy odpoczynek się zatrzymaliśmy.
Po posileniu się wszelakim ruszyliśmy dalej, przekraczając z miejsca jakiś strumień. Szliśmy teraz doliną, wzdłuż której po prawo umiejscowione było wiele ostańców.
Szczególnie przypadła nam do gustu skała o nazwie Sokolica (naprzeciw pola namiotowego). Tak się spodobała, żeśmy zaczęli w trzech włazić na nią. Jednakże dwójkę
kobiety zawołały i musieliśmy wrócić. Przy okazji rozwaliłem aparat fotograficzny (choć nie tak bardzo). Poszliśmy więc dalej.
Przy Sokolicy zostawilismy żółty szlak i odtąd pilnowaliśmy się niebieskiego. Droga ciagnęła się dalej doliną, na chwilę doszedł do nas szlak zielony, ale odbił w prawo.
W końcu wyszliśmy w rejony cywilizowane. Skręciliśmy w lewo aby dostać się do Kolonii Czołowej. Gdybyśmy poszli prosto,
droga zaprowadziła by nas do Jaskini Nietoperzowej. Ale nie poszliśmy. W Kolonii Czołowej
weszliśmy do sklepu i przy nim trochę zabawiliśmy. Po opuszczeniu tego miejsca skierowaliśmy
się w kierunku głównej szosy. Wstąpiliśmy do drodze na stacje LPG aby nabić butlę gazową
pożyczoną od Wojciecha. Następnie przekroczyliśmy szosę Kraków-Olkusz i niebieski szlak wprowadził nas do Ojcowskiego Parku Narodowego.
Szliśmy lasem, na chwilę wyszliśmy w okolice parkingu między zabudowania wsi Czajowice, a później już przez najciekawsze obiekty Parku, których
zwiedzanie odłożyliśmy na następny dzień. Przeszliśmy Ojców i szosą udaliśmy się w lewo do pola namiotowego. Dotarliśmy w końcu na Opalówki na pole.
Drogo nie było, szybko i sprawnie rozbiliśmy sprzęt i zajęliśmy się jedzeniem. Dwie osoby później poszły jeszcze do Ojcowa szukać sklepu.
My zaś odpoczywaliśmy obijając się. Część wieczoru spędziliśmy w altance grająć w karty i takie tam:)
6 sierpnia Zerwaliśmy się rano aby ruszyć na trasę w okolice nie za dalekie. W Ojcowie
mieliśmy spędzić jeszcze jedną noc. Ruszyliśmy więc z Opalówki do Ojcowa. Przez parking skierowaliśmy
się w stronę zamku. Weszliśmy po schodach i przez bramę weszliśmy na dziedziniec. Oczywiście i bilety kupiliśmy. Zwiedziliśmy dziedziniec, pozostałości murów i ekspozycję wewnątrz baszty.
Do tego zrobiliśmy kilka zdjęć. Następnym punktem było zlokalizowane w centrum Ojcowa Muzeum Przyrodnicze im. Wł. Szafera. Zwiedzanie tego obiektu niektórym szybko, a niektórym wolniej minęło.
Ciekawa była czasowa wystawa minerałów i kamieni szlachetnych. Reszta jak dla mnie niezmienna... Nie pierwszy raz tam byłem.
Dalej poszliśmy Doliną Prądnika zobaczyć Krakowską Bramę, pięknie ukształtowaną skałę. Pzekroczyliśmy ją i szlakiem niebieskim zaczęliśmy podchodzenie
na Chełmową Górę, aby zwiedzić Jaskinię Łokietka. Chłodno w niej było, ale jak można jechać do Ojcowa i jej nie zwiedzić. Warty uwagi obiekt, toteż nikt nie narzekał.
Z Jaskini poszliśmy czarnym i niebieskim szlakiem na obrzeża Czajowic. Tu odbiliśmy w prawo i idąc skrajem lasu wypatrywałem ścieżki umieszczonej na mapie. Znalazłem ją po chwili
w terenie i skręciliśmy w nią. Byłą z początku zarośnięta, ale prowadziła do przepięknej doliny. Nie była to oficjalnie używana droga, toteż były miejsca gdzie przewalone były przez nią drzewa.
Na ścianach doliny znajdowało się natomiast wiele skał (Pradelska) i jaskiń. Tą piękną jakże
drogą skróciliśmy sobie przejście do Doliny Sąspowskiej. Wyszliśmy na żółty szlak - nim
skierowaliśmy się w lewo. Przy tym szlaku znaleźliśmy ciekawe oznakowania szlaku turystycznego...
Przed leśniczówką, zeszliśmy ze szlaku i skierowaliśmy się w prawo wzdłuż Wąwozu Słupianka. Towarzyszył nam aż do wyjścia z lasu.
Jak z niego wyszliśmy, to szosą w prawo udaliśmy się. Później skręciliśmy w lewo do Woli Kalinowskiej. Zatrzymaliśmy się przy sklepie, później wróciliśmy i
wstąpiliśmy do baru na rogu. Właściciel właśnie dowoził towar bo lokal miał być później
otwarty, ale skoro już miał klientów to odgrzał nam po "pizzy" (umownie można tak to nazwać, nie było złe). Do tego kupiliśmy tyskie i już mieliśmy wszystko.
Nie miał tylko pieczątki ale powiedział byśmy udali się po drodze do schroniska i jego żona
nam podbije. Tak też zrobiliśmy po opuszczeniu baru. Wróciliśmy jeszcze kawałek i skręciliśmy w polną drogę idącą przy szkole w której było schronisko PTSM.
Zadzwoniliśmy u wyszła do nas kobieta z pieczątką. Zamieniliśmy kilka słów (m.in. rzuciłem zwrotem "Dziękujemy za kłopot":)) i dalej w drogę.
Droga wiodła przez pola. Dotarliśmy nią do przecinających ją szlaków: czerwonego i niebieskiego.
Z nimi skierowaliśmy się w prawo. Doszliśmy na skraj wąwozu i zeszliśmy w dół. Dnem wąwozu udaliśmy się w lewo, już bez szlaków,
i wyszliśmy naprzeciw naszego pola namiotowego. To było na tyle tego dnia.
7 sierpnia Ranek przywitał nas lekkim deszczem, co trochę opóźniło nasz wymarsz. W końcu jednak,
forsując jak się dało przeszkadzającą nam w marszu ekipę pielgrzymkową, wyszliśmy na drogę. Szosą skierowaliśmy się na północny-zachód.
Szosa biegła ciagle doliną, lekko momentami meandrowała. Nawet z jej poziomu mogliśmy podziwiać dośc ładne okolice - co chwila naszym oczom ukazywała się
jakaś ciekawa skała (choćby Skamieniały Wędrowiec). Szliśmy, a dzień stawał się coraz bardziej upalny, co na
asfalcie dawało się dodatkowo odczuć. W końcu jednak naszym oczom ukazała się budowla,
która była ważnym elementem naszej drogi. Przed nami, na wzgórzu, skryty za drzewami, wznosił się zamek na Pieskowej Skale.
Obiekt to dość znany, oblężony turystami, więc i my skierowaliśmy się schodami w górę aby jak
najszybciej zadeptać dziedziniec. Z niego przeszliśmy do kawiarni i schodami w górę - na wieżę widokową. Z niej obejrzeliśmy okolice zamku,
a później z powrotem zeszliśmy w dół aby pooglądać ogrody umiejscowione za murem. Oczywiście
nie mogliśmy nie zwiedzić Maczugi Herkulesa. Tam się zaraz też udaliśmy, zrobiliśmy kilka zdjęć i wróciliśmy na parking przed Zamkiem. Weszliśmy po schodach
z przeciwnej strony do jakiejś knajpy. Zamówiliśmy po porcji frytek i piwie, i rozsiedliśmy rozkoszując
się chwilami odpoczynku. A pod nami, szosą zaczęły przechodzić pielgrzymki... Kolorowe, śpiewające, milczące... co kto chciał. I tak z pół godziny.
Na nas też czas przyszedł. Dalej poszliśmy asfaltem przez Sułoszową, jak najkrótszą drogą w kierunku Olewina, gdzie mieliśmy nocować.
Sułoszowa to jedna z najdłuższych wsi w Polsce. Odczuliśmy to idąc nią, idąc i idąc... Mijaliśmy kościół po lewej stronie na górce. Przed nim stało z 10 toalet
toi-toi. Jeszcze kawał i doszliśmy do Urzędu Gminy... jednego z dwóch w tej wsi. Tutaj też postanowiliśmy zdać się
na komunikację samochodową PKS. Dojśc do Olewina nie zdążylibyśmy, ani byśmy nie dali rady... Znaczy się kto jak kto, ale tylko piątka z nas o chodzeniu pojęcie miała :)
Autobus był cholernie spóźniony, a w zasadzie to nawet nie pokrywał się z niczym co było
napisane w rozkładzie jazdy. Wsiedliśmy do niego i kupiliśmy bilety do Sieniczna.
Z Sieniczna skierowaliśmy się do Olewina. Pojawiła się propozycja aby
noclegu szukać u leśniczego na obrzeżach wsi. Z tym że jak się okazało, leśniczówka stoi pusta od lat... Od jakiejśc kobiety mieszkającej w pobliżu wzięliśmy dwie butelki wody i odbiliśmy tam gdzie pierwotnie mieliśmy
pod Olewinem spać - czerownym szlakiem w prawo, za zakładami w lesie. Tak też zrobiliśmy, i w końcu znaleźliśmy
jakąś dużą polanę w tymże lesie. Rozbiliśmy namioty, nazbieraliśmy patyków/gałęzi na ognisko,
i czekaliśmy na odpowiedni moment jego rozpalenia. Gdy wybił czas, rozpaliliśmy ognisko i upieklismy na nim to co w Sułoszowej kupiliśmy.
W tle, hen zza drzew unosiły się dźwięki jakiegoś koncertu. więc i trochę posłuchaliśmy.
Później prowizoryczne mycie i mogliśmy ciemną już nocą iść spać.
8 sierpnia Ranek obudził nas znów piękny, albo raczej zapowiadający się na upalny.
Rankiem jakiś rolnik traktorem nas mijał, i był chyba zdziwiony widokiem namiotów na tejże polanie leśnej.
Zwinęliśmy sprzęt i wróciliśmy szlakiem na obrzeża Olewina. Tu dwie osoby odbiły z powrotem do Krakowa, i dalej już w piątkę rozpoczęliśmy
wędrówkę. Trasa daleje wiodła czerwonym szlakiem "Orlich Gniazd". Po chwili przekroczyliśmy tory, a za nimi weszliśmy w sosnowy las.
Krótko w nim zabawiliśmy i na moment wyszliśmy między budynki Olkusza. Za nimi zaczęliśmy lekko pod górę podchodzić, wąską drogą, zagłębiając się w las.
W końcu i las po niedługiej chwili opuściliśmy, skręciliśmy za nim w lewo i dalej szliśmy wzdłuż niego.
Zza roślinności ukazały nam się ruiny zamku w Rabsztynie. Jeszcze trochę potrwało nim weszliśmy na zamek. Była to kompletna ruina, dość malownicza i umiejscowiona tak, że można było podziwiać przez jej okna okolice.
Nie zabawiliśmy na nim długo. Zeszliśmy w dół lecz mimo szczerych chęci nie znaleźliśmy żadnego sklepu ani otwartego lokalu...
Poszliśmy więć za szlakiem czerwonym dalej. Znów w las.
Droga szła lasem, później kawałek wzdłuż torów i doprowadzała
do przejazdu kolejowego na drodze Olkusz-Wolbrom. Przekroczyliśmy przejazd i za nim znów zagłębiliśmy się w las, w prawo.
Co chwila po lewej stronie ukazywała nam się wysoka jak na te warunki Januszkowa Góra. Ją też mieliśmy niebawem zdobyć.
Szło się miło aż do czasu nagłego skrętu w lewo. A później już tylko ostro pod górę. Droga była stroma, wijąca się między drzewami i skałami
na zboczu Januszkowej. Było to jedno chyba z najstromszych podejśc jakie ostatnimi czasy wykonywałem. Ledwo zipiąc stanąłem jako pierwszy
na prawie szczycie przy skałach i zszedłem pomóc reszcie. Wymęczyło nas ostro to podejście. Na górze rozbiliśmy krótki obóz. Wyciągnęliśmy butlę
i zupki i zabraliśmy się do obiadu. Musieliśmy się zregenerować. Dalszy odcinek szlaku nie był męczący - szliśmy ciągle dość ładnym lasem, co jakiś czas mijaliśmy jakieś ostańce skalne.
Ostatni etap drogi przed Jaroszowcem pokrywał się ze ścieżką przyrodniczą. Tu napotkaliśmy grupę bardzo ciekawych skał - Zubowe Skały.
Z lasu wyszliśmy przy stacji PKP Jaroszowiec. Za stacją poszliśmy w lewo w poszukiwaniu najbliższego sklepu, bo cierpieliśmy na niedostatek płynów. Musieliśmy przejść przez to
kawałek z głownego szlaku, ale jak mus to mus. Sklep znaleźliśmy przy blokach, naprzeciw huty szkła. Zakupiliśmy napoje i usiedliśmy z boku sklepu aby wypocząć.
Siedzieliśmy chyba tu z godzinę. Od niego skierowaliśmy się na szlak rowerowy, aby nim dobić z powrotem do naszego czerwonego szlaku. Przeszliśmy lasem rozpościerającym się od obrzeży Jaroszowca, od północy.
W końcu jednak przecięliśmy szlak i wyszliśmy na szosę. Nią w lewo i po niedługiej chwili, przekraczając tory prowadzące do sławnej
fabryki papieru w Kluczach, stanęliśmy w centrum wsi Golczowice. Do pełni szczęścia brakowało nam zupy chmielowej toteż szybko wypatrzyliśmy bar (Bar u Felka).
A w nim trzy rodzaje taniego lanego piwa, z których wszystkie trzy pierwszy raz na oczy widzieliśmy... Ale było dobre. Po tym odpoczynku już w pełni zregenerowani stanęliśmy na szlaku.
Mostem przeszliśmy Białą Przemszę i za nią poszliśmy w prawo, przez ostatnie zabudowania Golczowic. Stąd rowerowym czerwonym szlakiem poszliśmy do Cieślina. Przy kościele się rozstaliśmy.
Ja wróciłem na czerwony szlak i łukiem miałem dojść do Bydlina, a reszta miała iść szosą najprostszą drogą.
Ruszyłem więc szybko, z początku lekko pod górę i po łuku, lasem wyszedłem na obrzeża Bydlina. Niebawem doszli pozostali:)
Przeszliśmy przez boisko szkolne, na którym akurat coś rozgrywano i szukaliśmy pola namiotowego. Trudno było znaleźć ośodek, ale mając koniec języka za
przewodnika namierzyliśmy go. W ośrodku powiedziano nam, że pole namiotowe to tak niezbyt, ale za 10zł od osoby możemy wziąc pokój
i do tego mamy prysznice itp. Więc tym razem postanowiliśmy zaszaleć. Raz można. Po tych kilku dniach takie ekstra warunki są nieraz pożądane.
Rozpakowaliśmy się i wyszliśmy zwiedzać Bydlin. Ograniczyliśmy się do sklepu (zapasy jedzenia i picia) i ścisłego centrum wsi.
W tymże ścisłym cenrtum stał zabytkowy kościół, jednak zwiedzić zdołaliśmy go tylko z zewnątrz, a wnętrze
jedynnie zza kraty. Szybko z drugiej strony pojawił się ksiądz i coś tam zaczął gadać z nami, ale z jego kontaktowości
wynikało, że był na lekkim gazie... Pod jakimś tam pretekstem zniknęliśmy, by radził sobie sam. A my wróciliśmy do ośrodka, do typowych noclegowych warunków.
9 sierpnia Wstaliśmy z rana, jak zwykle czekała nas długa trasa (musieliśmy nadrabiać zaległości z pierwszych dni). Rano zjedliśmy śniadanie na stołówce ośrodka, kuchnia była do dyspozycji.
Po spakowaniu się wyszliśmy. Udaliśmy się główną drogą przez Bydlin. Przy gimnazjum zatrzymałem się i z Mroziem poszedłem po pieczątkę (mimo wakacji mnóstwo osób przebywało przed i w gimnazjum). Jakie mieliśmy szczęście!
Odbito nam pieczątkę ozdobną okolicznościową tejże szkoły, zresztą bardzo ładną. W okolicy Bydlina walczył Piłsudski - jego postać na Kasztance jest na I-szym planie pieczęci. Poszliśmy dalej.
Skierowaliśmy się do lasu do ruin niegdyś być może zboru obronnego. Od niego poszliśmy znów do głównej drogi - z prawej znajdował się cmentarz legionistów. Szlak prowadził nas na północ. W Załężu skręciliśmy
w lewo, a po chwili w prawo. Poczęliśmy piąć się w górę. Przez las doszliśmy do wysoko położonych Gór Bydlińskich, od tej wsi odbiliśmy w prawo, lekko schodząc w dół.
Teraz nasz szlak często meandrował szeroką leśną drogą. Szło się całkiem przyjemnie. Po drodze napotkaliśmy pomnik przy dawnej leśniczówce i szlak czarny. I znów lekko pod górę... aż do Zegarowych Skał.
Tu opuszczaliśmy w zasadzie las. Szliśmy teraz doliną Wodącej. Na początku doliny, przy Biśniku jakaś ekipa spaleologów chyba łaziła po grotach.
Zegarowe Skały umiejscowione były z naszej prawej strony. Z doliny były bardzo dobrze widoczne. Tu przez chwilę towarzyszył nam niebieski szlak. Z doliny wyszliśmy na szosę, którą mieliśmy jeszcze kawałek do przejścia do kolejnego zamku na trasie.
Zamek Smoleń widać było już od jakiegoś czasu, toteż przez pola i łąki, nie czekając na szlak nań prowadzący ruszyliśmy w kierunku jego ogromnych ruin.
Skryty w lesie, na wzgórzu, był pięknym i naprawdę dużym zamkiem. Jego ruiny trzeba było zwiedzać naprawdę trochę czasu aby wszystko zobaczyć. Złożyliśmy plecaki w jednym miejscu i zaczęliśmy zwiedzać obiekt. Po chwili pojawiła się tu jakaś grupa
pielgrzymkowa. Jacyć dziwni, "bracie" do mnie mówili... Zwiedziliśmy co mieliśmy zwiedzić, pochodziliśmy po tym po czym można było
i zeszliśmy do wsi. Wypiliśmy w sklepie cosik aby nie uschnąć, zakupiliśmy pocztówki z widokiem zamku i dalej skierowaliśmy się na północny-zachód. Wyszliśmy ze wsi na pola. I wtedy zagrzmiało. Ale szliśmy dalej. Po dłuższej chwili
weszliśmy wreszcie do lasu i wyszliśmy z niego po jakimś kilometrze. Zaczęły się krzaki a za nimi szosa z chodnikiem. To już obrzeża Pilicy. Z pół godziny szliśmy do jej centrum. Mieliśmy
ochotę na jedzienie. Niestety okupujące prawie zewsząd rynek ekipy pielgrzymkowe prawie wszędzie wykupiły pożywienie. Skierowaliśmy się więc do jeszcze jednego baru. Tu było wolne, ale ceny powalały (za talerz flaków dałem chyba 6 czy 8 zł, nie wspomnę juz o quasi-pizzy za 11 zł).
Następnie wzięliśmy się za zwiedzanie. Zabytkowy kościół był zamknięty, więc po zewnętrznych oględzinach ruszyliśmy do parku pałacowego.
Park był prywatną własnością, ale wolno go było zwiedzać. Posiedzieliśmy trochę przy fontannie,
budynek był w trakcie remontu. Pogoda się pogaszała toteż ruszyliśmy w kierunku rynku. Nim do niego doszliśmy lunął deszcz. Skryliśmy się po drodze w przedsionku kościoła.
Odczekaliśmy jakiś czas i ruszyliśmy na rynek. Złapaliśmy PKS do Ogrodzieńca i tym sposobem wydostaliśmy się z Pilicy.
Wysiedliśmy w Podzamczu Ogrodzienieckim i czerwonym szlakiem udaliśmy
się w kierunku pola namiotowego. Rozbiliśmy namiot, zapłaciliśmy za miejsce i wyszliśmy zwiedzać zamek.
Przeszliśmy przez centrum Podzamcza i szeroką drogą skierowaliśmy się ku ruinom. Zapłaciliśmy za bilet i zwiedzać poczęliśmy.
Zamek Bonerów w Podzamczu należy do największych ruin na Jurze, więc trochę czasu na nim spędziliśmy. Na wielkim dziedzińcu stało kilkadziesiąt chyba
ławek, a wszędzie kręcili się księża. Znów pielgrzymkowicze... przemknęło nam przez myśl.
Z zamku wyszliśmy w końcu i zatrzymaliśmy się w barze nieopodal po lewo. Sącząc piwko i rozmawiając, umilaliśmy sobie czas. Ponadto czasem korzystaliśmy z szafy grającej, mieli nawe dość sensowne w niej piosenki...
A później znów sklep i zaopatrzenie i na pole, bo już coraz później było. No i sen. A wcześniej jeszcze kolejka do prysznica:)
10 sierpnia Wypoczęci i rześcy zwinęliśmy namiot i po śniadaniu w drogę.
Kończyliśmy z czerwonym szlakiem. Z centrum Podzamcza udaliśmy się za zielonymi znakami na południe. Rozpoczęliśmy etap powrotny.
Wpierw polami szliśmy, a za szosą do Ryczowa zaczęliśmy niepewnie wkradać się w las. Droga opadała lekko w dół, po drodze tylko las, więc szybko doszliśmy do Żelazka.
Upał był straszny. Dotarliśmy do jedynego baru we wsi (sklepu nie było!) i musieliśmy pogodzić się z informacją na kartce, że jest czynny
dopiero od 15-tej czy 17-tej. Zebraliśmy się więc w sobie i opuściliśmy tę niegościnną miejscowość szlakiem czarnym. Znów przyszło nam wejść w las. Na szczęście ostrych podejść nie było -
jedyną górę na szlaku (Świniuszka) szlak mijał z lewej. Za to kilka razy pojawiły się ciężkie piaszczyste drogi. Ale co to dla nas... Weszliśmy do kolejnej wsi. Były to Rodaki, jej obrzeżem doszliśmy
do remizy strażackiej, a w niej już był sklep. Usiedliśmy na ławce przy ścianie remizy i tu odpoczęliśmy wreszcie z godzinkę... Sklep był odpowiednio zaopatrzony.
Czas mijał nieubłagalnie a przed nami było jeszcze kilka kilometrów. Ruszyliśmy więc, po drodze
mijając zabytkowy drewniany kościółek. Odbiliśmy od niego w lewo i czarnym szlakiem Partyzantów Ziemi Olkuskiej, polami i płyciutkimi
wąwozami podążaliśmy wytrwale w kierunku wsi Chechło. Po pięciu kilometrach weszliśmy między
jej zabudowania. Przy okazji mało co mnie nie zagryzł jakiś bernardyn. W centrum wsi napotkaliśmy motel, ale
to nie to miejsce miało być naszą noclegownią. Szukaliśmy gospodarstwa agroturystycznego.
Zaczęliśmy od baru - tam próbowaliśmy zasięgnać informacji gdzie owo gospodarstwo, ale nikt nie wiedział.
Skierowaliśmy się do przysiółka Młyny. Tam szukaliśmy ostro krążąc po okolicy i wreszcie...
Natrafiliśmy na dom. Przebywająca na podwórku kobieta poinformował nas, że to tu miała być agroturystyka, ale małżeństwo się pokłóciło
i rozeszli się, a z gospodarstwa nici... Niepewni dalszego losu skierowaliśmy się z powrotem do centrum Chechła.
Zaczęliśmy dzwonić po okolicznych schroniskach itp. ale wszędzie drogo lub brak miejsc.
Pojawiła się nawet opcja spania znów "na dziko" gdzieś w okolicy Pustyni Błędowskiej. Póki co jednak postanowiliśmy wrócić do baru na jedzenie.
To był strzał w dziesiątkę... Zakupiliśmy zapiekanki i powiedzieliśmy o swym problemie
właścicielce baru - zresztą bardzo miłej kobiecie. Okazało się, że pilnuje posiadłości sąsiadów i moglibyśmy się tam rozłożyć.
To nam jak najbardziej pasowało. Posiedzieliśmy jeszcze trochę w knajpie i powoli zaczęliśmy obierać kurs pod wskazany nam adres.
Był to mały domek na dość dużym terenie, stojący naprzeciw wielkiego domu z basenem - ten był właścicielki baru.
Ulokowaliśmy się wedle wskazań za budynkiem aby od drogi nie było nas widać i rozbiliśmy namiot. A później
zaczęliśmy obijać się i odpoczywać. Pod wieczór zjawiła się ponownie właścicielka z kluczami do domku. Powiedział nam iż możemy skorzystać z prysznica i kuchni.
Tym to już byliśmy zaskoczeni... Na zewnątrz mieliśmy tylko szlauch. Skorzystaliśmy oczywiście z propozycji, nie naruszając żadnych dóbr wewnątrz domu.
Po umyciu się i zjedzieniu kolacji, poszliśmy spać. Dzień zakończył się wspaniale. Dobrze, że
jeszcze gdzieniegdzie są tacy ludzie.
11 sierpnia Ostatni dzień wyprawy był słoneczny jak prawie każdy poprzedni. Z założenia miał być rekreacyjny i postaraliśmy się aby taki był.
Po śniadaniu i spakowaniu sprzętu udaliśmy się do naszych gościnnych gospodarzy i oddaliśmy posiadanie klucze. Przemyconych między nimi
pieniędzy nie chcieli wziąc, choć miała to być tylko symboliczna podzięka. Ruszyliśmy więc dalej, kawałek wracając się w kierunku cenrtum Chechła.
Następnie skręciliśmy w lewo, wedle drogowskazu kierującego na Górę Dąbrówkę - punkt
obserwacyjny z II wojny światowej. Mroziu z racji zniszczeń plecaka i urazów od obuwia został
z Liszają. Zgadaliśmy się aby czekali na nas - dwie Izy i mnie - w Kluczach, koło komisariatu.
Zostawiliśmy ich i uderzyliśmy na Dąbrówkę. Szybko stanęliśmy przy betonowym schronie, z którego rozciągał się widok na zarośniętą
w znacznej części Pustynię Błędowską. Przez pustynię przeszliśmy na przełaj, kierując się w stronę widocznego lasu.
Po drodze minęliśmy trzyosobową ekipę w jakiś adidasach, która patrząc na nasze obuwie (trekkingi i 2 x glany) stwierdziła,
że podstawą na pustyni jest odpowiednie obuwie... szliśmy dalej. Do lasu dotarliśmy całkiem szybko. Przeszliśmy przez niego i wyschnięte koryto Białej
Przemszy i skręciliśmy w lewo, ciężko stąpając po piachach pośród młodych drzew iglastych. W końcu zatrzymałem się
na wschodnim skraju pustyni, pod lasem iglastym i poczekałem kawałek czasu na dziewczyny.
W komplecie odpoczęliśmy chwilę popijając wodę i dalej
poszliśmy ścieżką dydaktyczną, mijając dwa stawy z lewej. A... i jedną grotę. Z lasu wyszliśmy na ulicę
już w Kluczach. Idąc nią prosto, mijając nieczynne bary wyszliśmy w centrum, przy drodze Olkusz-Ogrodzieniec. Naprzeciw
wznosił się komisariat. Znaleźliśmy Mrozia z Liszają i razem udaliśmy się na PKS poszukać połączeń do Jaroszowca. Z niego mieliśmy wracać do Radomia.
Mieliśmy do autobusu trochę czasu więc rozpoczęliśmy szukanie lokalu z jedzeniem.
Po chwili znaleźliśmy właśnie otwieraną pizzerię (godz. była 12) i zamówiliśmy pizze i piwo. Pizza dobra była. Najedzeni
wyszliśmy na przystanek. Na chwilę tylko jeszcze skoczyłem do Urzędu Gminy po pieczątkę. Wróciłem i po chwili mieliśmy autobus. Zapakowaliśmy się i w drogę!
Wysiedliśmy przy hucie szkła i mając do pociągu jeszcze chyba ok. 2 godz. skierowaliśmy się do kawiarni. Szybko jednak ją opuściliśmy bo z głośników
harczał hip-hop. Udaliśmy się więc pod znany nam już sklep. W kolejności następnej ruszyliśmy na stację, kupiliśmy bilety i udaliśmy się na peron czekać na pociąg do Kozłowca.
Pociąg jechał długo, dobrze, że w Kozłowcu czekaliśmy niewiele na pospieszny do Radomia. Jednak nim dojechaliśmy do Radomia, w Kielcach zepsuł się elektrowóz
i dostaliśmy gratis godzinę opóźnienia. Wróciliśmy do Radomia później niż planowaliśmy, ale to mało ważne. Ważne, że wyjazd się udał. I to całkowicie.