Staff w Skarżysku
Strona główna W górę Parafia

 

staff_z_zona_helena.jpg (27483 bytes) fot. Leopold Staff z żoną Heleną i psem Hecą w pokoju  na plebanii w skarżyskiej Parafii  św. Józefa ( zdjęcie nie wiadomego autora, z archiwum p. Krystyny Wojciechowskiej)

 

Poeta przybył do Skarżyska - Kamiennej za ks. Antonim Boratyńskim, zapoznanym w Starachowicach w czasie II wojny. Ówczesny wikariusz  w Wierzbniku udzielił błądzącym Leopoldowi i Helenie Staffom schronienia, odstępując im na plebanii jeden ze swych dwu pokoików. Działo się to tuż po powstaniu warszawskim 1944 roku, gdy mieszkańcy masowo uciekali z bohaterskiego miasta, które stało się morzem gruzów. W ciągu kilku tygodni między poetą i księdzem zawiązała się przyjaźń. Przetrwała do końca życia. Gdy po wojnie ks. Antoni Cebula, już pod zmienionym nazwiskiem - Boratyński, został proboszczem w Parafii Św. Józefa w Skarżysku - Kamiennej, zaprosił Staffów do siebie. Kilkakrotne i bardzo kameralne były tutejsze Staffa pobyty, toteż niewiele pozostało wiedzy na ten temat. Ostatnia gościna na zawsze związała go ze Skarżyskiem, a miasto - z historią literatury. Poeta zmarł tutaj 31 maja 1957 roku.

Szerzej ten temat omawia poniższy artykuł  "Leopold Staff nad Kamienną" opublikowany w warszawskim "Liście do Pani" nr 6 /2002: 

 

 

Leopold Staff nad Kamienną 

 

    Niewiele pamiątek pozostało po Leopoldzie Staffie, nie ma muzeum Poety. Urodzony we Lwowie, życie spędził przede wszystkim w Warszawie, gdzie zastała go II wojna światowa, z tragedią sierpniowego powstania. Po jego upadku Staffowie wyszli ze spalonej stolicy, straciwszy prawie wszystko.

         

pomnik_s_bez_popiersia.jpg (43468 bytes)

fot. pierwszy pomnik- tablica L. Staffa w Skarżysku Zachodnim

               Tak zaczęła się droga Staffa do miast nad Kamienną, od przyjaźni z ks. Antonim Boratyńskim, do ziemskiego kresu w Skarżysku - Kamiennej.

          Leopold i ranna w nogę Helena Staffowie wraz z innymi załadowani zostali w Pruszkowie przez Niemców w odkryte wagony towarowe. Po przykrej przygodzie, gdy młody człowiek, zaoferowawszy dźwigającym walizki swą pomoc - zniknął razem z nimi, pozostali bez niczego. W ciasnocie, zimnie, o głodzie, bez picia jechali dwie doby. 4 października 1944 roku dotarli do Starachowic, gdzie RGO skierowała ich na plebanię w Wierzbniku. Gdy z trudem tam dotarli, okazało się, że miejsca w parafii już są zajęte przez warszawiaków z tego i poprzednich transportów. I wtedy ks. Antoni Boratyński, wikary parafii św. Trójcy, zaopiekował się starszym małżeństwem. Zaproponował im jeden spośród dwóch zajmowanych przez siebie pokoików.

         Tutejszy pobyt Staffów trwał niedługo. "Byliśmy razem przez miesiąc i poczuliśmy się jedną rodziną"- wspominał ks. Boratyński, przyszły przyjaciel - "Po tygodniu długiego wysypiania się i dobrego odżywienia na policzkach Staffa ukazały się pierwsze rumieńce, znak powracających w organizmie sił."- W obliczu nadciągającego frontu, na początku listopada goście postanowili skorzystać z zaproszenia Ludwika Hieronima Morstina i wyjechali do Pławowic koło Krakowa. Znajomość pozostała. W liście poeta niedługo napisał: "Doznaliśmy łaskawej jałmużny bliźniej, a nade wszystko zyskaliśmy nową wielką przyjaźń twoją, Drogi Księże Antosiu, którego los obchodzi nas już dziś jak własny". Żona jego dodała: "Wśród licznych przyjaźni, ta przyjaźń, w tak szczególnych warunkach zawarta, będzie do końca naszego życia najmilsza i najcenniejsza, proszę o tym nigdy nie wątpić."

         Tak stało się.

Wyrazem zadzierżgniętych więzów i ich kontynuacji stały się po wojnie przyjazdy Staffów do Skarżyska - Kamiennej. Tutaj bowiem ks. A. Boratyński otrzymał w styczniu 1953 roku probostwo w parafii Św. Józefa. Zawiadomił o tym przyjaciół i zaprosił ich do siebie. Bardzo ucieszyli się, gdyż po powrocie do Warszawy, nigdzie nie wyjeżdżali na odpoczynek. Odgruzowywana stolica wprawdzie napawała radością, ale wciąż przypominała niedawne przeżycia. Potrzeba było balsamu na ciągle żywe rany. Takim balsamem miało okazać się Skarżysko - Kamienna, robotnicze miasto, położone w zieleni nad rzeką Kamienną. W korespondencji nazwał je Staff Rekonwalescentopolem.

         Przyjechali tu 10 czerwca 1953 roku razem z Hecką, ukochanym psem. Na powitanie poeta wpisał do parafialnej kroniki słowa: 

                " Czy czeka ciebie droga bliska czy daleka

                     Świat jest tylko tak wielki, jak serce człowieka".

         Skarżyskim pobytom "liryka polskiej poezji" nie towarzyszył rozgłos. Unikał go poeta, ceniąc spokój, ciszę, kameralność. Na plebani przy małym drewnianym kościółku to właśnie miał. Obojgu małżonkom podobało się miasto, jego powietrze i przyroda. Pani Helena zapisała: "Błękitne świerki, kojąca zieleń, spokój i cisza, nad wszystkim pogoda -nieba i ducha-  która nich mieszka tu zawsze." Ceniąc zalety skarżyskiego ustronia, starali się nie ujawniać swojej tutaj bytności. Dlatego tak niewiele w literaturze i w samym mieście wiedzy na ten temat.

         Za każdym przyjazdem na plebanię Św. Józefa Staffowie zamieszkiwali w tzw. pokoju gościnnym, mieszczącym się na parterze budynku. W skład skromnego wyposażenia wchodziły: metalowe łóżka, stolik, kanapa i szafa, kilka półek. Obok przylegała ścianą jadalnia, w której trzy razy dziennie spotykali się przy posiłkach goście z domownikami. Z osób zasiadających do stołu oprócz ks. proboszcza wymienić trzeba księży wikariuszy: ks. Władysława Sadzę i ks. Feliksa Stradomskiego. Z przekazanych wspomnień Leopold Staff wyłania się jako niepospolity rozmówca, z zainteresowaniem rozprawiający o teraźniejszości. Do posiłków zasiadał nienagannie ubrany: w czarnym garniturze z kamizelką, w białej koszuli i ciemnej muszce pod brodą. Był to niezmienny i charakterystyczny jego strój. Jedynie w wyjątkowych wypadkach, podczas upału, zdejmował marynarkę. Mimo wizytowego ubioru daleki był jednak od oficjalnej sztywności towarzyskiej. W jego zachowaniu przebijała wielka kultura osobista, a nade wszystko delikatność.

         Staff lubił przebywać w bujnym natenczas ogrodzie przy plebani. Ks. A. Boratyński miłował kwiaty, więc pełno ich było na wszystkich rabatach, pomiędzy rozłożystymi krzewami i sylwetkami kasztanowców. Poeta siadywał na ulubionej ławeczce pod świerkiem, rozmyślał, rozmawiał z dziećmi, które tu przychodziły. Nikt mu oczywiście nie zaglądał przez ramię, ale domownikom wiadomo było, że poeta pisze czasem wiersze. Długo przebywał w starym kościółku, najczęściej w zwykły, powszedni dzień, gdy świątynia stawała się pusta. Z żoną lub z księdzem - przyjacielem spacerował po ogrodzie i dalej, brzegiem Kamiennej, której nurt, łączący się z dopływem Bernatka, z kładką jak most nad urwiskiem, prześwitywał przez kępy dzikiej wikliny, gęsto rozkrzewionej tuż za przykościelnym placem.  Z przeżyć zrodził się wiersz "Most", o czym ks. Boratyński tak opowiedział: "Innym razem pani Helena powiedziała, że popsuło jej się zapinanie u torebki. Poszliśmy obydwaj do ślusarza. Idąc do warsztatu, przeszliśmy most drogowy. Drobna rzecz, pan Wieczorkowski zreperował zapinanie, pieniędzy nie wziął i wracamy łąkami koło wikliny. Trzeba było przejść przez strumień, na dnie którego tkwiły kamienie. Kamienie te wystawały z wody. Ja przeszedłem po nich i podaję rękę poecie. On nie ma jednak odwagi. Akurat przechodził tamtędy harcerz z laską. I o tej lasce dzielnie przeszedł poeta na drugą stronę. I powstał wiersz "Most".

                            Nie wierzyłem

                            Stojąc nad brzegiem rzeki

                            Która była szeroka i urwista

                            Że przejdę ten most

                            Spleciony z cienkiej, kruchej trzciny

                            Powiązanej łykiem.

                            Szedłem lekko jak motyl

                            I ciężko jak słoń

                            Szedłem pewnie jak tancerz

                            I chwiejnie jak ślepiec

                            Nie wierzyłem, że przejdę ten most.

         Do wielu wierszy w tomach "Wiklina" i "Dziewięć muz" natchnienie znalazł poeta w Skarżysku - Kamiennej. Ze Skarżyskiem związany jest przede wszystkim motyw "wikliny".

 Pamiętają mieszkańcy Staffa, spacerującego tzw. Kolonią Robotniczą, dzisiaj ulica Leopolda Staffa. Twarz ocieniał mu słomkowy, kremowy kapelusz z czarną wstążką. Podpierał się laseczką. Niekiedy dochodziła doń młodzież, dając do przejrzenia swoje wiersze, podchodzili inni. Ksiądz wspominał: "... w życiu był prosty, optymistyczny, pogodny. W patrzeniu na życie człowieka był w pełni humanistą, kochał człowieka. Zauważyłem, że przychodzi do ogrodu jakiś oberwaniec. Pan Staff podawał mu rękę, rozmawiał z nim. Dał mu datek. Zapytałem się, czy orientuje się, kto to jest, przecież on zbiera na wódkę. Staff powiedział: jeżeli tak nisko upadł, trzeba mu podać rękę, trzeba porozmawiać z nim, uszanować jego godność, żeby podźwignąć." 

Także w Skarżysku  Poeta kontemplował i afirmował przyrodę we wszystkich przejawach. Zachwyt nad obserwowanym zachodem słońca tak wyraził:

                            W szum strugi

                            Klon, lipa i grab

                            Jutrzejsze sianokosy

                            Witają chóry żab...

         Ostatni raz przyjechał do Skarżyska Zachodniego w maju 1957 roku. Czuł się bardzo osamotniony. 14 marca tego roku zmarła Helena Staffowa, żona, najbliższy człowiek i przyjaciel. Nie żyła też stara Hecka. Poeta przeczuwał własną śmierć. Przed wyjazdem spalił w warszawskim mieszkaniu wszelką korespondencję i niepotrzebne papiery. "Ze Skarżyska mogę już nie powrócić - powiedział do towarzyszącej mu w podróży pielęgniarki, Ani Nowak, w przeddzień ostatniego dnia życia.

         30 maja przebywał w miłej atmosferze księży - domowników. Niepokoił się tylko chwilową nieobecnością ks. Antoniego. Noc spędził spokojnie. Na śniadaniu zjawił się punktualnie, staranie ubrany. Po posiłku księża wikariusze rozeszli się do swych zajęć. Przy stole w jadalni pozostał z ks. Boratyńskim. Zamierzali pospacerować jeszcze po ogrodzie. Poeta skierował kroki do swojego pokoju. Ledwie zamknęły się za nim drzwi, ks. Boratyński usłyszał głuchy łoskot. Szybko tam wbiegł i ujrzał przyjaciela, leżącego na podłodze. Zdążył udzielić mu ostatnich sakramentów. Wezwany natychmiast lekarz, doktor Władysław Lewandowski, stwierdził zgon. Serce Leopolda Staffa przestało bić w Skarżysku - Kamiennej o godz. 9 min. 45. Był ranek 31 maja l957 roku.

pogrzeb_staffa.jpg (30120 bytes) Pogrzeb Leopolda Staffa

         Wiadomość o śmierci poety natychmiast obiegła miasto. Przed plebanią zaczęli gromadzić się skarżyszczanie. Z wiosennymi kwiatami żegnali człowieka, który swe nazwisko już na zawsze związał z tym miastem, ze swoim "Rekonwalescentopolem".  Po nabożeństwie pogrzebowym skarżyscy nauczyciele ponieśli trumnę z ciałem Staffa  do samochodu, przybyłego z Warszawy, gdzie odbyły się uroczystości pogrzebowe i poeta spoczął  w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Powązkowskim.

          Miasto Skarżysko, jak żadne, hołubi pamięć po Leopoldzie Staffie. Ma ulicę, Dom Kultury, Ogólnopolski Turniej Recytatorski jego imienia. W 10 rocznicę zgonu odsłonięto pamiątkową tablicę, ustawioną w przykościelnym ogrodzie przy ul. Legionów. Na niej cytat: 

                             'Ostatni z mego pokolenia

                                     Drogich przyjaciół pogrzebałem

                                     Widziałem jak życie się zmienia

                                    I sam jak życie się zmieniałem"

         W stulecie urodzin L. Staffa stanął w Skarżysku  pomnik, z niezbyt zręczną artystycznie wizją wielkości Poety.  Tadeusz Różewicz, po uroczystości jego odsłonięcia napisał oryginalny czterowiersz:

 

                                Poldek Patrzy na swój pomnik

 

                                Widziałem w nocy Poldzia

                                długo patrzył na siebie

                                potem westchnął głęboko: "dobrze!

                                że jestem już w niebie..."

 

Mimo wszystko, dobrze że pomnik  jest, chyba w Polsce, a pewnie i w świecie jedyny pomnik Staffa -  poety tak znaczącego w historii polskiej literatury "Maszkarony" Krakowa też były chlubą... W końcu dostawiono również tablicy pamiątkowej piękne popiersie Staffa i w ten sposób w Skarżysku wielki Leopold ma dwa pomniki.

Dziś stary kościółek opustoszał, jest nowy. Ogród stał się przejrzysty. Z gąszczu flory zachowały się tylko niektóre kasztanowce i srebrne świerki, które wystrzeliły w niebo. Jest też kronika z autografem poety i jego żony, trochę zdjęć. Nieco pamiątek przechowuje Biblioteka Pedagogiczna. Skarżyscy poeci poświęcili mu kilka wierszy, opublikowanych w nauczycielskim almanachu "Skojarzenia i refleksje". W historii miasta zapisała się sesja popularnonaukowa, na którą przybył z okazji odsłonięcia pomnika Staffa ks. Antoni Boratyński, już proboszcz parafii w Drzewicy i Tadeusz Różewicz, który w kronice Biblioteki Pedagogicznej 9 grudnia 1978 roku zapisał: "Dzięki gościnnemu zaproszeniu do Skarżyska - Kamiennej, mogłem zobaczyć wysokie drzewa na które spoglądał przed śmiercią Leopold Staff".

W latach 90-ych z imieniem poety związała działalność skarżyska grupa literacka "Wiklina".

         W roku 1998 po raz pierwszy, z inicjatywy "Wikliny", został ogłoszony Ogólnopolski Konkurs Literacki,  łączący środowiska kulturalne dwóch miast nad Kamienną: Skarżyska i Starachowic. Okazał się potrzebny. Jego główni, warszawscy jurorzy: Zdzisław Brudnicki, Roman Śliwonik i Zdzisław Łączkowski wypowiadają się, iż jest to jeden z najbardziej "obesłanych" konkursów literackich w kraju. Prace nań napływają także od Polonii. Jego myśli twórczej, od początku, towarzyszy błogosławieństwo Prymasa Polski Józefa kard. Glempa, wpisane w kronikę, podczas święta Patronki Skarżyska - Kamiennej, w czasie uroczystości 75-lecia miasta. W roku 2002 w Skarżysku miała miejsce jego V edycja.