fot. Leopold Staff z żoną Heleną i psem Hecą w pokoju na
plebanii w skarżyskiej Parafii św. Józefa ( zdjęcie nie wiadomego
autora, z archiwum p. Krystyny Wojciechowskiej)
Poeta przybył do Skarżyska -
Kamiennej za ks. Antonim Boratyńskim, zapoznanym w Starachowicach w
czasie II wojny. Ówczesny wikariusz w Wierzbniku udzielił błądzącym
Leopoldowi i Helenie Staffom schronienia, odstępując im na
plebanii jeden ze swych dwu pokoików. Działo się to tuż po powstaniu warszawskim
1944 roku, gdy mieszkańcy masowo uciekali z bohaterskiego miasta, które stało
się morzem gruzów. W ciągu kilku tygodni między poetą i księdzem zawiązała się przyjaźń.
Przetrwała do końca
życia. Gdy po wojnie ks. Antoni Cebula, już pod zmienionym nazwiskiem - Boratyński,
został proboszczem w Parafii Św. Józefa w
Skarżysku - Kamiennej, zaprosił Staffów do siebie. Kilkakrotne i bardzo kameralne były tutejsze Staffa
pobyty, toteż niewiele pozostało wiedzy na ten temat. Ostatnia gościna na
zawsze związała go ze Skarżyskiem, a miasto - z historią literatury. Poeta zmarł
tutaj 31 maja 1957 roku.
Szerzej ten temat omawia poniższy artykuł "Leopold
Staff nad Kamienną"
opublikowany w warszawskim
"Liście do Pani" nr 6 /2002:
Leopold Staff nad Kamienną
Niewiele
pamiątek pozostało po Leopoldzie Staffie, nie ma muzeum Poety. Urodzony we
Lwowie, życie spędził przede wszystkim w Warszawie, gdzie zastała go II
wojna światowa, z tragedią sierpniowego powstania. Po jego upadku Staffowie
wyszli ze spalonej stolicy, straciwszy prawie wszystko.
|

|
|
fot. pierwszy pomnik- tablica L. Staffa w Skarżysku Zachodnim |
Tak zaczęła
się droga Staffa do miast nad Kamienną, od przyjaźni z ks. Antonim Boratyńskim,
do ziemskiego kresu w Skarżysku - Kamiennej.
Leopold
i ranna w nogę Helena Staffowie wraz z innymi załadowani zostali w Pruszkowie przez Niemców
w odkryte wagony towarowe. Po przykrej przygodzie, gdy młody człowiek,
zaoferowawszy dźwigającym walizki swą pomoc - zniknął razem z nimi,
pozostali bez niczego. W ciasnocie, zimnie, o głodzie, bez picia jechali dwie
doby. 4 października 1944 roku dotarli do Starachowic, gdzie RGO skierowała
ich na plebanię w Wierzbniku. Gdy z trudem tam dotarli, okazało się, że
miejsca w parafii już są zajęte przez warszawiaków z tego i poprzednich
transportów. I wtedy ks. Antoni Boratyński, wikary parafii św. Trójcy,
zaopiekował się starszym małżeństwem. Zaproponował im jeden spośród dwóch
zajmowanych przez siebie pokoików.
Tutejszy
pobyt Staffów trwał niedługo. "Byliśmy razem przez miesiąc i poczuliśmy
się jedną rodziną"- wspominał ks. Boratyński, przyszły przyjaciel -
"Po tygodniu długiego wysypiania się i dobrego odżywienia na policzkach
Staffa ukazały się pierwsze rumieńce, znak powracających w organizmie sił."-
W obliczu nadciągającego frontu, na początku listopada goście postanowili
skorzystać z zaproszenia Ludwika Hieronima Morstina i wyjechali do Pławowic koło
Krakowa. Znajomość pozostała. W liście poeta niedługo napisał: "Doznaliśmy
łaskawej jałmużny bliźniej, a nade wszystko zyskaliśmy nową wielką przyjaźń
twoją, Drogi Księże Antosiu, którego los obchodzi nas już dziś jak własny".
Żona jego dodała: "Wśród licznych przyjaźni, ta przyjaźń, w tak szczególnych
warunkach zawarta, będzie do końca naszego życia najmilsza i najcenniejsza,
proszę o tym nigdy nie wątpić."
Tak
stało się.
Wyrazem
zadzierżgniętych więzów i ich kontynuacji stały się po wojnie przyjazdy
Staffów do Skarżyska - Kamiennej. Tutaj bowiem ks. A. Boratyński otrzymał
w styczniu 1953 roku probostwo w parafii Św. Józefa. Zawiadomił o
tym przyjaciół i zaprosił ich do siebie. Bardzo ucieszyli się, gdyż po
powrocie do Warszawy, nigdzie nie wyjeżdżali na odpoczynek. Odgruzowywana
stolica wprawdzie napawała radością, ale wciąż przypominała niedawne przeżycia.
Potrzeba było balsamu na ciągle żywe rany. Takim balsamem miało okazać się
Skarżysko - Kamienna, robotnicze miasto, położone w zieleni nad rzeką
Kamienną. W korespondencji nazwał je Staff Rekonwalescentopolem.
Przyjechali
tu 10 czerwca 1953 roku razem z Hecką, ukochanym psem. Na powitanie poeta wpisał
do parafialnej kroniki słowa:
" Czy czeka ciebie droga bliska czy daleka
Świat jest tylko tak wielki, jak serce człowieka".
Skarżyskim pobytom "liryka polskiej poezji" nie towarzyszył
rozgłos. Unikał go poeta, ceniąc spokój, ciszę, kameralność. Na plebani
przy małym drewnianym kościółku to właśnie miał. Obojgu małżonkom
podobało się miasto, jego powietrze i przyroda. Pani Helena zapisała: "Błękitne
świerki, kojąca zieleń, spokój i cisza, nad wszystkim pogoda -nieba i
ducha-
która nich mieszka tu zawsze." Ceniąc zalety skarżyskiego ustronia,
starali się nie ujawniać swojej tutaj bytności. Dlatego tak niewiele w
literaturze i w samym mieście wiedzy na ten temat.
Za
każdym przyjazdem na plebanię Św. Józefa Staffowie zamieszkiwali w tzw.
pokoju gościnnym, mieszczącym się na parterze budynku. W skład skromnego
wyposażenia wchodziły: metalowe łóżka, stolik, kanapa i szafa, kilka półek.
Obok przylegała ścianą jadalnia, w której trzy razy dziennie spotykali się
przy posiłkach goście z domownikami. Z osób zasiadających do stołu oprócz
ks. proboszcza wymienić trzeba księży wikariuszy: ks. Władysława Sadzę i
ks. Feliksa Stradomskiego. Z przekazanych wspomnień Leopold Staff wyłania się
jako niepospolity rozmówca, z zainteresowaniem rozprawiający o teraźniejszości.
Do posiłków zasiadał nienagannie ubrany: w czarnym garniturze z kamizelką, w
białej koszuli i ciemnej muszce pod brodą. Był to niezmienny i
charakterystyczny jego strój. Jedynie w wyjątkowych wypadkach, podczas upału,
zdejmował marynarkę. Mimo wizytowego ubioru daleki był jednak od oficjalnej
sztywności towarzyskiej. W jego zachowaniu przebijała wielka kultura osobista,
a nade wszystko delikatność.
Staff
lubił przebywać w bujnym natenczas ogrodzie przy plebani. Ks. A. Boratyński
miłował kwiaty, więc pełno ich było na wszystkich rabatach, pomiędzy rozłożystymi
krzewami i sylwetkami kasztanowców. Poeta siadywał na ulubionej ławeczce pod
świerkiem, rozmyślał, rozmawiał z dziećmi, które tu przychodziły. Nikt mu
oczywiście nie zaglądał przez ramię, ale domownikom wiadomo było, że poeta
pisze czasem wiersze. Długo przebywał w starym kościółku, najczęściej w
zwykły, powszedni dzień, gdy świątynia stawała się pusta. Z żoną lub z
księdzem - przyjacielem spacerował po ogrodzie i dalej, brzegiem Kamiennej,
której nurt, łączący się z dopływem Bernatka, z kładką jak most nad
urwiskiem, prześwitywał przez kępy dzikiej wikliny, gęsto rozkrzewionej tuż
za przykościelnym placem. Z przeżyć
zrodził się wiersz "Most", o czym ks. Boratyński tak opowiedział: "Innym razem pani Helena powiedziała, że popsuło jej się zapinanie u
torebki. Poszliśmy obydwaj do ślusarza. Idąc do warsztatu, przeszliśmy most
drogowy. Drobna rzecz, pan Wieczorkowski zreperował zapinanie, pieniędzy nie
wziął i wracamy łąkami koło wikliny. Trzeba było przejść przez strumień,
na dnie którego tkwiły kamienie. Kamienie te wystawały z wody. Ja przeszedłem
po nich i podaję rękę poecie. On nie ma jednak odwagi. Akurat przechodził
tamtędy harcerz z laską. I o tej lasce dzielnie przeszedł poeta na drugą
stronę. I powstał wiersz "Most".
Nie wierzyłem
Stojąc nad brzegiem rzeki
Która była szeroka i urwista
Że przejdę ten most
Spleciony z cienkiej, kruchej trzciny
Powiązanej łykiem.
Szedłem lekko jak motyl
I ciężko jak słoń
Szedłem pewnie jak tancerz
I chwiejnie jak ślepiec
Nie wierzyłem, że przejdę ten most.
Do
wielu wierszy w tomach "Wiklina" i "Dziewięć muz" natchnienie znalazł
poeta w Skarżysku - Kamiennej. Ze Skarżyskiem związany jest przede
wszystkim motyw
"wikliny".
Pamiętają mieszkańcy Staffa, spacerującego tzw. Kolonią Robotniczą, dzisiaj ulica Leopolda
Staffa. Twarz ocieniał mu słomkowy, kremowy kapelusz z czarną wstążką.
Podpierał się laseczką. Niekiedy dochodziła doń młodzież, dając do
przejrzenia swoje wiersze, podchodzili inni. Ksiądz wspominał: "... w życiu
był prosty, optymistyczny, pogodny. W patrzeniu na życie człowieka był w pełni
humanistą, kochał człowieka. Zauważyłem, że przychodzi do ogrodu jakiś
oberwaniec. Pan Staff podawał mu rękę, rozmawiał z nim. Dał mu datek.
Zapytałem się, czy orientuje się, kto to jest, przecież on zbiera na wódkę.
Staff powiedział: jeżeli tak nisko upadł, trzeba mu podać rękę, trzeba
porozmawiać z nim, uszanować jego godność, żeby podźwignąć."
Także
w Skarżysku Poeta kontemplował i afirmował przyrodę we wszystkich przejawach. Zachwyt nad
obserwowanym zachodem słońca tak wyraził:
W szum strugi
Klon, lipa i grab
Jutrzejsze sianokosy
Witają chóry żab...
Ostatni
raz przyjechał do Skarżyska Zachodniego w maju 1957 roku. Czuł się bardzo
osamotniony. 14 marca tego roku zmarła Helena Staffowa, żona, najbliższy człowiek
i przyjaciel. Nie żyła też stara Hecka. Poeta przeczuwał własną śmierć. Przed
wyjazdem spalił w warszawskim mieszkaniu wszelką korespondencję i
niepotrzebne papiery. "Ze Skarżyska mogę już nie powrócić - powiedział
do towarzyszącej mu w podróży pielęgniarki, Ani Nowak, w przeddzień
ostatniego dnia życia.
30
maja przebywał w miłej atmosferze księży - domowników. Niepokoił się
tylko chwilową nieobecnością ks. Antoniego. Noc spędził spokojnie. Na śniadaniu
zjawił się punktualnie, staranie ubrany. Po posiłku księża wikariusze
rozeszli się do swych zajęć. Przy stole w jadalni pozostał z ks. Boratyńskim.
Zamierzali pospacerować jeszcze po ogrodzie. Poeta skierował kroki do swojego
pokoju. Ledwie zamknęły się za nim drzwi, ks. Boratyński usłyszał głuchy
łoskot. Szybko tam wbiegł i ujrzał przyjaciela, leżącego na podłodze. Zdążył
udzielić mu
ostatnich sakramentów. Wezwany natychmiast lekarz, doktor Władysław
Lewandowski, stwierdził zgon. Serce Leopolda Staffa przestało bić w Skarżysku
- Kamiennej o godz. 9 min. 45. Był ranek 31 maja l957 roku.
 |
Pogrzeb Leopolda Staffa |
Wiadomość
o śmierci poety natychmiast obiegła miasto. Przed plebanią zaczęli gromadzić
się skarżyszczanie. Z wiosennymi kwiatami żegnali człowieka,
który swe nazwisko już na zawsze związał z tym miastem, ze swoim
"Rekonwalescentopolem". Po nabożeństwie
pogrzebowym skarżyscy nauczyciele ponieśli trumnę z ciałem Staffa do samochodu, przybyłego z Warszawy, gdzie odbyły się uroczystości
pogrzebowe i poeta spoczął w Alei
Zasłużonych na Cmentarzu Powązkowskim.
Miasto
Skarżysko,
jak żadne, hołubi pamięć po Leopoldzie Staffie. Ma ulicę, Dom Kultury, Ogólnopolski
Turniej Recytatorski jego imienia. W 10 rocznicę zgonu odsłonięto
pamiątkową tablicę, ustawioną w przykościelnym ogrodzie przy ul. Legionów.
Na niej cytat:
'Ostatni z mego pokolenia
Drogich przyjaciół pogrzebałem
Widziałem jak życie się zmienia
I
sam jak życie się zmieniałem"
W stulecie urodzin L. Staffa stanął w Skarżysku pomnik, z
niezbyt zręczną artystycznie wizją wielkości Poety. Tadeusz Różewicz,
po uroczystości jego odsłonięcia napisał oryginalny czterowiersz:
Poldek
Patrzy na swój pomnik
Widziałem w nocy Poldzia
długo patrzył na siebie
potem westchnął głęboko: "dobrze!
że jestem już w niebie..."
Mimo
wszystko, dobrze że pomnik jest, chyba w Polsce, a pewnie i w świecie
jedyny pomnik Staffa - poety tak znaczącego w historii polskiej
literatury. "Maszkarony" Krakowa też były chlubą... W
końcu dostawiono również tablicy pamiątkowej piękne popiersie Staffa i w
ten sposób w Skarżysku wielki Leopold ma dwa pomniki.
Dziś stary kościółek opustoszał, jest nowy. Ogród stał się przejrzysty.
Z gąszczu flory zachowały się tylko niektóre kasztanowce i srebrne świerki,
które wystrzeliły w niebo. Jest też kronika z autografem poety i jego żony,
trochę zdjęć. Nieco pamiątek przechowuje Biblioteka Pedagogiczna. Skarżyscy
poeci poświęcili mu kilka wierszy, opublikowanych w nauczycielskim almanachu
"Skojarzenia i refleksje". W historii miasta zapisała się sesja
popularnonaukowa, na którą przybył z okazji odsłonięcia pomnika Staffa ks. Antoni Boratyński, już proboszcz parafii w
Drzewicy i Tadeusz Różewicz, który w kronice Biblioteki Pedagogicznej 9
grudnia 1978 roku zapisał: "Dzięki gościnnemu zaproszeniu do Skarżyska
- Kamiennej, mogłem zobaczyć wysokie drzewa na które spoglądał przed śmiercią
Leopold Staff".
W latach 90-ych z imieniem poety związała działalność skarżyska grupa
literacka "Wiklina".
W
roku 1998 po raz pierwszy, z inicjatywy "Wikliny", został ogłoszony Ogólnopolski
Konkurs Literacki, łączący środowiska
kulturalne dwóch miast nad Kamienną: Skarżyska i Starachowic. Okazał się
potrzebny. Jego główni, warszawscy jurorzy: Zdzisław Brudnicki, Roman Śliwonik i Zdzisław
Łączkowski wypowiadają się, iż jest to jeden z najbardziej "obesłanych"
konkursów literackich w kraju. Prace nań napływają także od Polonii. Jego
myśli twórczej, od początku, towarzyszy błogosławieństwo Prymasa Polski Józefa
kard. Glempa, wpisane w kronikę, podczas święta Patronki Skarżyska -
Kamiennej, w czasie uroczystości 75-lecia miasta. W roku 2002 w Skarżysku miała miejsce jego V edycja.
|