|
|
|
obnażenie prawdy gdy w przydymionym blasku słów w woni kadzideł zdzieram sukienkę niecierpliwie i szarpiąc guzik nitką nadziei podtrzymuję pulsującą pierś chcę być jak dziecko w nagości niewinna
i już wiem że ci się spodobam na chwilę lecz każesz znów przywdziać obłudy motyle szybki zmienić imię byś innej prawdzie mógł spojrzeć w oczy
cywilidżungla tygrysy zmysły mają wyostrzone tępy wzrok
uwalniają szarańczę drapią święte baobaby krzyżują odmiany
frankenstein unosi pokrywę oka laserowym blaskiem rozzielenia ogrody świata
gdzie podziewasz się
eremito końca dwudziestego wieku (1989)
najlepiej najlepiej sobie posiedzieć w dąbrowie oprzeć głowę o drzewo i myśleć cokolwiek
chwytam liść z siatką drobnych żyłek jak twoja ręka którą dotknę za chwilę
bez słów ten wieczór pomiędzy dębami lecz nie oddam go nigdy i za nic
miłość miłość kuli się tężeje
rzuć okruchem ciepła nie pozwól by napromieniowała się w ciasnym reaktorze serca
poranna radość zachowuje się trochę dziwnie ta kobieta na pustym parkingu przed sennym blokiem
macha dziarsko ręką klaszcząc płoszy wronę podskakuje głowę zadziera i śmieje się
przed nią sto śpiących jeszcze okien
wysoko otulona rzęsą firanki płaszczy nos szczęśliwa buzia biała piąstka trzepoce w szybie idzie babcia!
nocne podpatrywanie przyrody drzewa zmiotły letni dzień króluje nocny bachus rozrzucił wokół gwiezdny pył szroni poświatą
dąb z lipą spletli ramion gąszcz tak trwają w uścisku liści dla nich tańczą ćmy światła niewolnice
w tę noc milionów pieszczot spijamy lunę z niebnego dzbana pośród zazdrostek mgły jak ćmy...jak lipa i dąb odnajdujemy świetlisty krąg Nowogard lipiec 1989
? pewnej szalonej nocy wypchnęliśmy Go niefrasobliwie poza ścianę naszego życia
od tej pory ciągle jest tam czysta prawda pnie się od okna do okna i przenikliwie spogląda w głąb ja zasłony zasuwam przed spojrzeniem jak lampa umykam pod cieniem rozdartych ramion
On czeka
tej nocy zapukał w szybę cierniem
genealogia nawijam nić supłaną z pradziada czuję uwieranie węzełków pokoleń dotyk nowego supełka co dnia
szkoda że nie mam wyboru robię ubranie z nici jakie mam i nowe staje się takie stare 1988
memento nie odpowiadam za moich przodków za chorego na padaczkę prapradziadka za prababkę z nerwowym tikiem za pradziada po kądzieli który ożenił się z chorą na syfilis prostytutką za dziadka po mieczu z zamglonymi oczami pijaka ani za moją matkę i ojca
mówię to ja człowiek poczęty przed godziną dziecko narkomanów idę do was z zespołem Downa nóg paraliżem z cukrem w żyłach z wieczną śliną na brodzie
mój los to cierpienie na krzyżu zgiętym wciśniętym w inwalidzki wózek
tak mnie powołaliście dajcie mi więc wypełnić misję 30 VIII 1994
za oknem te mury wysokie sine oglądane jakby przez powiększające szkło brudnych zakurzonych okien
trawnik za wybieg życie na smyczy skazańcy z wyboru
żyjemy krzyżując trotuary marzeń żyjemy w przeciwsłonecznych okularach na pochmurnej twarzy
tylko krzyk dzieci aż do zmroku wrasta w niebo bezlistnymi betonowymi konarami 1992 jesień w Łopusznie zapamiętaj żarnowcu dziki coś takie zielone miał oczy babiego lata ciepło piasku warkocze
pamiętaj jak wbiegła prosto do nieba miedziana nuta symfonii a bursztynowe listki przetykał zachodu promień
wpleć pamięć w przędze mgły, w szyszki na sosnach że tędy stąpała jesień do której śmiała się wiosna (plener, październik 1993)
tęsknota wszystko co los zechciał mi ofiarować dobrego mieści się w dłoni dotyku którym mnie żegnasz to niewiele a jakże za dużo bym mogła udźwignąć dzień który jest bez pożegnania
ostrobramski apel trudny to był dzień raz po raz odlatywał motyl spokoju bezradność wyciągała dłonie i zły czerwono malował ostatni drapieżny pazur
stanęłam do apelu w Ostrej Bramie w modlitwie cicho odleciały minut termity
serce złożyło swe skrzydła motyla i przyszła siła
niedopowiedzenia przychodzisz i malujesz żart na twarzy tworząc miły nastrój gdy tak cicho się gwarzy
ściągamy maski rozmową od niechcenia o jakże się wszystko pięknie dopełnia w niedopowiedzeniach
nie nazwiesz słowem chwili niechaj trwa - marzę skrycie zwykłym ludzkim odruchem to nasze niezwykłe życie ( wiersze pochodzą z książki "niedopowiedzenia", wyd. STON 2, Kielce 1995)
są
cisi więc nie dostrzegani piękni więc niewidzialni skromni - niezauważalni ofiarni
franciszkowie teresy bracia i siostry między nami
mały biznes
nad rozpadliną ulicy kładka w nożycach nóg pięcio - no, może sześcioletniego mocnego mężczyzny z takimiż pomocnikami i... - pięć złotych niech pani da bo nie przepuszczę to mój wynalazek i biznes
lubię zabawy z dziećmi jednak musiałam wyrwać się wreszcie z tych drobnych rąk i oczu w których nie było żartu
słowa nie powiedziane
ile przy nas dni tęskniących ile dróg i ścieżek w próżni ile modlitw w szepcie nocy ile słów nie powiedzianych
płacz zostawić w przedpokoju przy znużonej parasolce chwytać żart czytać żart
tyle przez nas chwil straconych tyle żaru smutku żalu tyle dali w oceanie i w tych słowach nie powiedzianych
schody
i butem żołnierskim wyżłobiony schodek kolanem siostry co mówiła z Panem nad ostrą bramą błyszczą gwiazdy świętych szepczących słowa za nami
i miłosiernie w istnieniu rzeźbisz następny wschodzący dzień w prastarych schodach człowieczych zmagań z oka wyjmujesz cierń
Wilno 1996
list
kiedy wrócisz do kraju kot przebiegnie ci drogę i przysiądą ci na ręce uliczne latarnie psia buda powita
kiedy wrócisz do kraju rozszumią się brzozy wierzby falom powiedzą w strumieniu tylko kapliczka stara wyrzekać będzie milczeniem
wróbel koncert wyćwierka bez pojęcia jak to on przed obrazem matka przyklęknie i roześmieją się poręcze balkonów gdy wrócisz do domu
kadr z biografii J. H.
jak młoda panna niebo w obłokach świeciło gdy prochy jerzego rozrzucił samolot nad Bieszczadami był wrzesień góry były a poeta dzieckiem się stawał bez zdumienia
białokonnie cwałował kurzem wzbijał tętent jego wierszy biegł od strony Mochnaczki snuł się welon
połoniny rozpostarły polany strumienie wody nabrały trawę rozłożyły łąki przyjmując w siebie gwiazdę jak zawsze
tylko cerkiew stara rozkwiliła się dzwonem gdy spływała w równiny o księciu słowa z kwiatkiem w autografie jeszcze jedna legenda gór
oczy ikony prześwietlały wierchy zastanawiała się matka jak zbierać dla nieba
1999
etiuda niedokończona
nie spiesząc się pociąg odmierzał kół jednostajne przestrzenie wiał wiatr i miarowo układał gałęzie wiosny nad Kamienną rybitwy kreśliły białe linie nad wodą w tym gorącym maju przekwitał już bez
a dziecko szybko postawiło pierwszy samodzielny krok dziewczyna w świat pobiegła i chłopiec gonić zaczął marzenia człowiek wspinał się wyżej dalej by nagle tocząc ziemię jak piłkę uśmiech życia wtulić w piasek i niebo nieskończone
20. V. 2000 (pamięci Jerzego Kraula, trenera młodocianych piłkarzy)
źródła
we współczesności rytmach w technikach szukamy zacisza do przekazywania siebie
i bóg wybiera miejsca by zapłonąć źródłem
tam w białych od szarości źdźbłach w ziemi pyłu i skał gdzie rozmaryn krzewi się zapachem pod czuprynami srebrnych oliwek karmi pielgrzyma przydrożny figowiec niebo staje w wieczornej komunii
tam ona z opłatkiem słońca i cudem przemiany
Medugorje VIII 2000
chusta
nie do twarzy ciemna duża z frędzlami wełniana dodawała lat lecz grzała i mama czuła się mówiła nawet gdy granatowiła się nią na szpitalnym łóżku a ja jak lekarze nie rozumiałam
pozostała pośród pamiątek nie tak cenionych jak inne najchętniej spał na niej kot
gdy ciepło zaczęło wymykać się moim ramionom raz w podróży przydała się i poczułam jej miękkość i brak zdecydowania w kolorze zaczęła wypierać zwiewne szale i apaszki ustępowały matki dłoniom odległym tak czułym
pamięci Jadwigi Kwiatkowskiej zm. 27 maja 1985
budzenie ciszy
gdy spod pędzla słowo nawet kroplą nie spłynie jakie oczy wyśpiewać kolombinie jakie dukty przemierzyć cyrkowym wozem palety by usłyszeć ciebie arlekinie
gdy w dolinie milczenie śpi bębenek i trąbka przyjaźń jeszcze po pamięciach się błąka tak bardzo by chciała domalowywać rumieńce aniołom
pam. malarza T. W. Wrocław 1997
trwanie
z naszymi imionami nieustannie przemijają dni nowy i już wczorajszy nowy i już ostatni uskrzydli zaboli spróchnieje serce w dąsach wciąż dorastających dziewczynek i żołnierzyków walczących pod fundamenty nieba świat kości układa w koloseach gdzie rozpacz i śmiech dzień krótszy ani dłuższy ani zamknięty zawsze po zachodzie zawsze po brzasku przed końcem i na początku zmienia się na ten sam dopóki światło mierzy go swoim oddechem
Rzym, Koloseum 1996
grupa
powinni siedzieć w ławce szkolnej a oni z plecakami w dzień podskakują po kamieniach bocznej ulicy obijając książki po sobie mocno idą a z nimi on najmłodszy na przyczepkę z zadartą głową obok ich pewności drepce spluwając on jak oni jak ojciec który wrócił do domu nad ranem on i oni jedno
rozmowa
rzucaliśmy słowami by wypełnić przestrzeń naszej polany która nagle stała się w nas
przez myśli zaciśnięte wypłynęła powódź
usiedliśmy na mieliźnie podtrzymując się obrączkami
|