|
|
Moja proza: opowiadania, nowele, opowiastki z doby współczesnej to "kawałki" jakie niesie życie. Zdarzyło się nagród kilka i książek, ale wolę optymistyczne: wszystko jeszcze "przed". Najnowsza książka "mikroświaty" - tryptyk opowiadań, wierszy, malarstwa. Oto jeden z utworów. z a
s ł o ń c e m Święto podkreślały biało-czerwone
kwiaty i sztandary. Ołtarz pachniał drzewem. W nim w złocie biskup, księża
w bieli, szum drzew. I blask słońca w jej oczy. A ona siedziała. I zdawało się, że niebo ją wzięło
w ramiona. Do cokołu
z tablicą i orłem na rozstawionych łapach prowadziły schodki aż na szczyt
kurhanu. Ona u podnóża, na jednej z ławek za ogrodzeniem, zapatrzona w ludzi,
celebransów, w wierzchołki oddzielające horyzont nieba i ziemi. Orzeł wielki
wpatrywał się w nią i dziobem stalowym wskazywał. Z drugiej strony płotka,
na wysypanej żwirem drodze też siedzieli na sękatych ławach i stali
gromadnie między pniami. Niekiedy z oddali przemykał się warkot pojazdu. Zagrały werble i powstali. Miejsca obok zostały zajęte. Przesunęła
się na brzeg ławki i spojrzała na sąsiada. Pan głowę kształtną o
szpakowatych blond włosach trzymał prosto i prosto spoglądał przed siebie.
Zza ciemnych okularów nie było widać oczu. A ona obok niego, po prawej ręce,
jak żona, narzeczona, czy ktoś. W ławkach obok usiedli mężczyźni. Ona wśród
nich. Gdyby później przyszła choć o minutę, zajęliby wszystkie miejsca,
jak tamci z tyłu. Dobrze, że usiadła w tych pustych, które jakby czekały na
nią. I zaraz przybyli ci panowie w garniturach, wprowadzeni dźwiękami
orkiestry honorowej kompanii wojskowej i szpicą ułanów. Wypełnili przestrzeń,
w której znalazła się incognito. Jeden z nich powiedział do mikrofonu: Nie było sądu nad nimi! Pytaniem o nazwisko oprawcy osądzili każdego. I
wszystkich spotkał ten sam wyrok: śmierć zbiorowa, pojedyncza dla każdego. W tym miejscu! W święto Piotra i
Pawła. W upalny dzień kursowały "czarne suki", przywożąc po dwadzieścia
osób. Stawali nad rowami. Z głębi lasu nie było słychać wystrzałów.
Padali w żółty piach tej ziemi. Minęło sześćdziesiąt lat. Orzeł wbił w nią oko. W
miejscu, gdzie siedzi, kiedyś stał kat, albo konał człowiek. Ostatnie
westchnienie zawisło wśród drzew. Teraz zza ich koron Bóg okiem słońca mruży
jej oczy. Lecz cienia ona nie chce szukać. Potrafi też znaleźć się w
towarzystwie. - Ale piecze - zwróciła się do sąsiada, trącając
go łokciem. Odsunął się i wciąż wpatrywał w sztandary i ołtarz. Wówczas
błysnęła jej myśl, że chyba skądś zna tego człowieka. Jeszcze raz dokładnie
obejrzała profil, odsunęła się nieco. Wszyscy znów powstali, bo msza zaczęła się. I
usiedli. A przy niej usiadł ten pan. Ona, zwykle taka wymowna, umilkła. To chyba cud stał
się i ta Patronka sprawiła, że siedzą tu tacy ważni, a między nimi ona.
Niektórych poznawała z miejscowych gazet, które czasem trafiały w jej ręce.
Tam dalej to chyba poseł, a ten starosta.
Wtedy dzień był jeszcze gorętszy - mówił
człowiek przy mikrofonie.- Unosił się pył na piaszczystej drodze, którą
mordercze spalinami samochody przejeżdżały do lasu. Za nimi ciągnął się
krzyk i przerażenie w dłoniach, dobijających się do małych, zakratowanych
okienek. Ci, co przechodzili drogą,
stawali pełni trwogi. A powód śmierci był tylko jeden: inteligencja - społecznictwo
- patriotyzm. W przemyślanej, zorganizowanej na polskie społeczeństwo
akcji, przeprowadzonej na początku wojny, hitlerowcy założyli zniszczenie
ludzi mających na nie wpływ. Pytanie: kto jesteś? - dla ludzi ze statusem inteligenta i działacza stało się
wyrokiem. W ten dzień ziemia okoliczna została pozbawiona swoich drożdży,
dających jej duchowy wzrost. W powojennej ekshumacji na Borze doliczono się
trzystu sześćdziesięciu. A tu, na Brzasku leży siedemset sześćdziesięciu
naszych obywateli. Do dziś nie znamy wszystkich imion. Poniższe bagna zniszczyły
ciała, więc pozostały w lesie, gdzie przybywamy jak do relikwii męczenników
świętych, relikwii naszej inteligencji. Noski butów sąsiada zabłyszczały.
Zagrała wojskowa orkiestra. W mundurach leśni żołnierze stali starzy, siwi.
W las szły słowa. Choć słońce raziło jej oczy, tylko raz obejrzała się.
Tam za płotem stała reszta, a ona tu! Niechby Tolo to widział! Na komendę:
"baaaczność!"- trzasnęła adidasami. - Wy, z
mogiły Orła Białego, wy z mogiły na Brzasku - wzywam was do apelu! - Polegli na polu chwały! - Wy, z partyzanckiego cmentarza, bohaterowie
bezimiennych mogił, wzywam was do apelu!!! - Polegli na polu chwały! - Wy, rozstrzelani koło kościoła
Najświętszego Serca Jezusowego, wzywam was do apelu!!! - Polegli na polu chwały! -I wy, co oddaliście życie za tę ziemię,
rozstrzelani po lasach, w domach, w akcjach, wzywam was do apelu!!! - Polegli na polu chwały! Polegli na polu chwały -
powtarzała. Mimo komendy "spocznij!" stała wyprężona. Tak mogłaby stać.
Jakaś siła wstąpiła w nią i nowy duch. Odszedł biedny dom, posiłki, smak
na papierosa, współobiadowicze. Bardzo chciałaby, żeby któryś z nich ją
tutaj zobaczył. Lecz oni nie przychodzą w takie miejsca. I przemądrzały Tolo
dalej będzie mądrzył się, bo nie uwierzy. .
. .
W ostatnich dniach czerwca w Sanktuarium rozpoczęła się organizacyjna
gorączka. Zaczynał się światowy zjazd iszczan oraz dobrodziejów. Już
przyjeżdżali pierwsi goście z zagranicy i kraju. Zaabsorbowany ksiądz biegał
od plebanii do kościoła, kaplicy, domu pielgrzyma, gdzie kończyły się porządkowe
prace po przeprowadzonym remoncie. Sale noclegowe miał poświęcić
ordynariusz, więc gospodarskie oko doglądało jeszcze wszystkich kątów. Tego
dnia w domu miłosierdzia
zapisywano pierwszych uczestników, - Nazwisko? - Skąd? - Czy wpłynęło zgłoszenie? - Czy dokonano wpłaty za pobyt i pamiątki? - Jakie są życzenia? Do uszu Esy, pochylonej
przy następnym stoliku nad pamiątkową księgą, docierały słowa odpowiedzi: - Nocleg u rodziny. - Korzystamy ze wszystkich posiłków. - Zamawiamy tylko obiady. - Bankowi przekazaliśmy gotówkę za pobyt. - Prosimy tylko o pamiątki. -Tylko
kasetę z filmem. - Pamiątki podwójnie. - Zgłasza się Gdańsk. - Przyjechałam z Chicago. - Jesteśmy
grupą z Hamilton. - Ja z Toronto. - My z London. - A tu Szczecin. - Warszawa. - Nowy Jork. Po formalnościach składano
w kronice pamiątkowy wpis. Esę dobiegła głośniejsza rozmowa. - Nie
przyjechałam ze świata, ale przyszłam pieszo, z Inkowa. Też chcę uczcić
Matkę Boską i wziąć udział w Zjeździe. - ... -
Nie zgłaszałam! A po co? Ale ubrałam się jak pielgrzym. Oczywiście, że
korzystać będę ze wszystkiego, jak inni! Z noclegu i wyżywienia też. A pamiątki
najważniejsze! - ...
- Płacić?! Jak to płacić? Przecież ja nie mam
pieniędzy! - ... -Tak, na
Zjeździe chcę być. We mszach to mogę uczestniczyć, kiedy mi się zachce! Ja
z biskupem obiad chcę jeść! Jeszcze nigdy nie jadłam obiadu z biskupem. - I
z Polonią do Częstochowy też chcę jechać! - ... -
Dobrze, dobrze, już pójdę do księdza, nie musicie tu go wołać. O, mam go
tu na zdjęciu, to taki dobry człowiek.
Zachrypnięty głos
zjazdowiczki brzmiał szczególnie. Po niedługim czasie pojawiła się znów. - Ksiądz powiedział, że może coś da się zrobić.
Żebym poczekała. Kochana, może ja na coś się przydam? Przecież mam ręce i
nogi, a tu roboty pełno! Panie kleją pierogi, pieką ciasto, smażą mięso.
Mogę pomagać. I gary pomyć. - Z nieba mi pani spadła! - przejęłą kobietę
osoba z organizacyjnego komitetu. - Tu tyle pracy! Proszę iść ze mną. Panie w kuchni okazały się
jednak samowystarczalne. Nie zgodziły się na przebywanie w pomieszczeniu osób
nieznanych, choć jedna nawet skądś ją poznawała. Stanęła więc przy wejściu
i rozglądała się wokoło, zagadując przechodzących. Zeszła do bramy w
uliczce, gdzie przyjezdni oglądali zdjęcia w gablotach, podziwiali rozmach
budowli, wymieniali uwagi i studiowali zaproszenia. Trzydniowy program oprócz
wspólnych modlitw obejmował spotkania z przedstawicielami władz miasta,
artystyczne popisy młodzieży, międzynarodowy mecz sportowy, ognisko w leśniczówce
i rocznicową mszę św. na zbiorowej mogile okolicznej inteligencji,
wymordowanej na początku drugiej wojny światowej. Do Iska zjechali wywodzący
się stąd i tacy, co nigdy w nim nie byli, ale którym bliska jest
patronka emigrantów oraz tego miasta. Chór dzieci polonijnych wyciskał
łzy, odradzając dumę ze zwykłej polskości. W jego nostalgii tubylcy uświadamiali
swoją miłość, chwytali równowagę, gubioną w opowieściach na temat raju
za oceanem. Ciąg uroczystości mieszał, zbliżał, oddalał. Trwały szybkie
rozmowy, uściski, uśmiechy. Obrazy nakładały się. Jak w kalejdoskopie
przewijała się osoba za osobą, twarz za twarzą. Co pewien czas oczy Esy wyławiały
zjazdowiczkę z Inkowa. Zaskoczyła ją podczas uroczystego obiadu. Chwyciwszy rękę biskupa, potrząsała
nią energicznie. Wtem padła na kolana, by ucałować pierścień i wołała z
uniesieniem: - Jakie to wielkie szczęście, księdzu biskupie, ten Zjazd! Ja
jeszcze nigdy nie jadłam z
biskupem! Niech ta Patronka panu błogosławi! I temu naszemu księdzowi! - I
usiadłaby obok Jego Ekscelencji, lecz napór osób przesunął ją do innego
stołu. Dla Esy stała się obiektem wywołującym uśmiech.
Na ognisko przy gajówce dowiozły gości autokary. Przybyło osób,
nawet z postronnych mógł ktoś zaplątać się, gdyby tego chciał. Z
gromadami niewidzialnie kąsających meszek, z zapachem smolnych polan, z dymem
uniosły się na schowanej wśród drzew polanie rozmowy i pieśni. Koło rąk
splotło się, ławy przy stołach dały wytchnienie a mikrofony nagłośniły
część artystyczną. Pojawiły się wiersze, żarty, piosenki. Do Esy nagle
przybiegły schrypnięte słowa: " Michniowie, Michniowie Katyń stał się
w tobie..." Poznała ten głos. I wiersz anonimowego
poety-partyzanta poznała. Od wojny krążył po okolicy w odpisach i ustnych
przekazach. Spotkała go w poetyckim arkuszu z Leśnej Drukarni. Tragedia wsi
dwukrotnie spacyfikowanej w l943 roku, utrwalona w nim została prostymi
wersami. Teraz wypłynęła przy tym radosnym ognisku. Skrzekliwie skandowała ją
"zjazdowiczka". Zacięła się i powtarzała: Michniowie, Michniowie,
Katyń stał się w tobie, a jam nieszczęśliwy, com bujał po tobie!"
Może nie znała dalszego ciągu, zapomniała słów, a może zbyt przejęta była
nowym dla niej samej artystycznym swoim wcieleniem... Artystkę odsunięto na
bok. Zasłonił ją las postaci. Tylko echo okrzyków " Michniowie,
Michniowie" plątało się wśród sosen, gdy próbowała chwycić
mikrofon, który przejął prowadzący. Zaśpiewał zespół. Jest jak rzep i jakby
wypita. Tacy ludzie wcisną się wszędzie - rozmyślała Esa. Jednak to ona
wstrząsnęła mną. W sercu suchedniowskich lasów pewnie niejeden partyzancki
oddział stacjonował, dziś my z ogniskiem. Ziemia ta sama. I wymordowana wieś
tak blisko. " Tyś wioską pod lasem, ojczyzną żołnierzy, niech każdy
popatrzy co tam trupów leży... Chodzą partyzanci po wiosce Michniowie, żandarmi
zjechali, sprawią klęskę tobie. I już wioska płonie, w górę dymy walą.
Matki z dziećmi swymi w stodołach się palą. Ojcowie z synami leżą już
pobici. Ziemia krwią zalana, wioska w ogniu świeci." W myśli powtarzała
słowa z maleńkiego almanachu, który dziś spotkać można tylko w muzeum i
nielicznych zbiorach prywatnych. W jak nieoczekiwanych chwilach powraca do nas
przeszłość, nawet ta nie przeżyta. Jak zapisuje się we wrażeniu. Esa myśli
o partyzanckim kronikarzu, który prawdopodobnie napisał ten wiersz. Którego
losem interesowała się od czasu, gdy w jej ręce trafił stary sztambuch ręcznie
wykonany, spięty klamrą. Dawno nieżyjący właściciel nazywał się jak jej
babka, zmarła w dwudziestym szóstym roku życia Helena. Od ojca, wkrótce
osieroconego całkowicie, niewiele wiedziała o tej rodzinie. Łączyła więc
strzępy wiedzy o nigdy nie poznanych dziadkach. W osobie Jana Pawłowskiego
upatrywała paraleli. Groteskowy występ przywołał jego postać z fotografii.
- Ciągle w nas coś przeplata się: przeszłość, wyobraźnia albo marzenia,
choćby plan następnego dnia. Jakbyśmy nie tkwili w czasie teraźniejszym. Esa
włączyła się w ogólny gwar, zakończony maryjnym apelem polowym. Iszczanie co roku
uczestniczą w leśnych uroczystościach, organizowanych przez byłych żołnierzy
AK i miejskie władze, czcząc pamięć zamordowanych. Dobiega tu głos śmierci,
z którym mijamy się co dzień, wiszący nad pokoleniami jak miecz Damoklesa.
Przy wzgórzu mogiły Esa uniosła głowę i spróbowała spojrzeć pod słońce.
Przez ciemne okulary mężczyźni i kobiety w wypłowiałych, zielonych
mundurach wydali się jeszcze starsi. Niziutki pan w kepi, który wskazał jej
miejsce obok siebie, mówił do niej: - Aluś
zrobił się całkiem łysy!... Hi hi! Niech pani patrzy, jak świeci mu głowa!
A Adolek garbaty! Tam niech pani spojrzy, za dębem. Machinalnie odwracała głowę.
Nie miała pojęcia kto to jest Aluś i kim Adolek. Widziała starców
z biało-czerwonymi opaskami na ramieniu. - Za to
Mieciu Krajewski trzyma się prosto jak struna! Niech pani powie, jak to jest? -
. . . - Pamiętam jak zginęła "Poranek". I pogrzeb
jej pamiętam. Była pani na cmentarzu w Pogorzałem, w lesie? To partyzancki
cmentarz, tam ich chowaliśmy. - . . . - Pamiętam, jak zginął
"Gaik", "Lask", "Rekin"."Robota " pamiętam. Wszystko pamiętam! Msza jeszcze nie zaczęła
się. "Kepi" osunęło się po lasce na kolana. Woń czosnku sprawiła, że
Esa stanęła. Właśnie kryło się
słońce za wierzchołki i wzrok mógł pobiec dalej. Za płotkiem oddzielającym
notabli od reszty społeczności, rozgrywała się ceremonia wieczystej pamięci.
W tym roku miała szczególnie
uroczysty charakter. Przez lata bywało różnie z tą pamięcią. Pan Tusiewicz,
który po wojnie serce włożył w ekshumacje i
budowę wieńca pomników wokół Iska, nieszczególnie wszedł w
"nowe". Potem cisza spowiła tę pamięć i groby. Ostatnio, gdy oficjalnie
powróciła, wandale niszczą kurhan w lesie. Dzieci ulicy. Esa siedzi w pierwszej ławce
za dróżką. "Przechodniu, powiedz Polsce, tu leżym jej syny, posłuszni i
wierni do ostatniej godziny" -przypomina sobie napis z Boru. Wokoło las,
ludzie, upał. W komendzie "Baaaczność" wyprostowała sylwetkę. -
Wzywam Was do Apelu!!!- poniosło w drzewa, w zgromadzonych, promienie, obłoki.
- Wzywam Was!...
I oto stanęli wokoło. Krew jeszcze nie zastygła. Twarze wciąż żre
wapno. Czołgają się w dymie wystrzałów. Zduszeni spalinami wypadają z ciężarówek.
Niektórych rozpoznaje. Widziała ich na zdjęciach w izbach pamięci, w muzeum,
w kronikach pani Wojciechowskiej. Byli tam wśród rówieśników, w rodzinnym
gronie, w sadzie, szkole. Tu stoi "Strach", w którego pamiętnik tak wczytała
się. Ten dzielny przedwojenny harcerz - piechur, kronikarz, zamordowany po
wojnie przez UB. Jest i " Zygmunt" Wyrwicz w koszuli w kratę. W niej po raz
ostatni odwiedził bliskich. Po jej skrawkach rozpoznali go w marcowej
ekshumacji w l945 roku koło kościoła. Matka nie chciała poznać. Nie mogła
uwierzyć. Wolała by istniał gdziekolwiek.
Tłum cieni milczących. Bóg
- Honor- Ojczyzna. W konarach czapy z trupią czaszką. Błyszczą oficerskie
cholewy i błyskawice w klapach mundurów. W pasiakach z numerami dziewczyny i kobieta
podtrzymują się. Trudno poznać te twarze, wplątane na zdjęciu w gałęzie
kwitnącej jabłoni. To panienki Reklewskie z matką, rodzina mecenasa. W ich
wymarłym domu po wojnie założono Ognisko, zalążek Szkoły Muzycznej w Isku.
Za życia dom ów był miejscem towarzyskich koncertów. W ciągu pierwszych
miesięcy czterdziestego pierwszego roku zamordował je Oświęcim. Było tak,
że nie wierzono w jego krematoria...Za nimi ojciec, który zginął w powstaniu
warszawskim. Zbliża się mężczyzna z
pękniętą głową i zaciśniętymi ustami. To
Gontaszewski, ojciec rodziny zamęczonej w linii męskiej. Torturowany
przez gestapo, wyskoczył z okna, by nikogo nie wydać. Dziś tam gabinet
lekarskiej przychodni. Na Borze leżą synowie,
brat, bratankowie - sześciu. Burmistrz miasta, Tadkowski, zamordowany gdzieś w
drodze na Firlej. Barańska - komendantka, której warkocz z grypsem można
oglądać w muzeum. Harcerski ród Wątłych- sześcioro. Kuźniar -
nauczycielski jedynak. Inżynier Milke. O. Śmigiel i franciszkanie - siedmiu.
Komendant "Strzelca" Łyżwa. Naczelnik Łukomski. Buchalter Juzoń.
Gadecki, Kwiatkowski, Winerowicz, Jankowski,
Lebiadowski, Mijas, Wysocka, Biernacki, Konieczna, Rzeszowscy, Tańscy.
Tylko nielicznych rozpoznaje Esa. A to "Oset" Wasilewski z przestrzeloną piersią. Mężczyzna z pętla na szyi -
to Nowak, którego za pomoc żydowskim więźniom w Hasagu, powiesili Niemcy na
bramie, dla odstraszającego przykładu, gdy robotnicy opuszczali o l5-ej zakład.
Razem z nim miał zawisnąć Pawłowski. W zamieszaniu udało mu się uciec z
wartowni, a przy pomocy kolegów ze Straży Pożarnej znalazł się w lesie. Tak
stał się kronikarzem partyzanckich oddziałów "Ponurego" i "Szarego".
Losu wisielca jednak nie ominął. W czterdziestym ósmym powiesili go w celi w
Końskich swoi. Powiedzieli: - Nie chcesz w kronikach przemianować AK na AL,
żaden ślad po tobie nie zostanie, kolego. - Zaginął bez śladu i grobu. Ale
został pamiętnik jego młodości, jak urna na półce wśród książek. Teraz przybywa masa. Drga i pełza z ustami do krzyku, oczami
do łez. Hasag! Hasag - woła. W szmatach, pasiakach, chałatach, jarmułkach.
Hasag...Hasag... - I wy, bici, kopani, spopieleni na hasagowej
"patelni", w krematoryjnych piecu, zmieszani z piachem i wodą tej ziemi, ze
swądem pikryny i korzeniami dołów na zakładowej strzelnicy, wzywam was do
apelu! Polegli na polu... - szepce Esa. - Jakim polu? Jakiej chwały?... Żołnierze. W szynelach, z
pytaniem na zastygłych ustach: kuda Berlin? Wśród nich ten rozmiażdżony
Niemiec, co czekał na chleb z pieca w litościwym domu Marii Zolbach na
Baranowie. Już nie dogonił umykających. Czołgi frontu szły przez E-7
wielkie i ciężkie. Po zmiażdżeniu pozostał dziwnie sterczący nos. Z tym
nosem i jeszcze parującym bochnem stanął przy ołtarzu. Stanęli inni koło
kapłana z obozowym numerem 21962, z rozdartą piersią pelikana. To ksiądz
Sykulski... błogosławiony męczennik. Są wśród siebie. Dla nich ta msza. Liturgia. Od ołtarza spłynęły
słowa. W upał. Jak wtedy. - Tam stoi " Zjawa" Stefanowska!...- woła
"kepi", chwytając Esę za łokieć. - Słowo daję, że to ona! A tam
to sam komendant Piwnik! Żyje! - Nie żyje, przecież zginął pod Jewłaszami. Więc i " kepi" widzi!
Może wszyscy widzą duchy przybyłe na apel poległych? Tyle krzywdy potrafi
wyrządzić człowiek człowiekowi...Ofiary, oprawcy - jednakowi przez wieki.
Ilu ich między nami? Co tkwi w człowieku? Rozejrzała się. Wszędzie
błyszcząca słoma. Dużo słomy lśniącej jak złoto. Chochoły podały sobie
ręce i skłoniły figury, aż ziarno sypnęło spod wiechci. Zakołysały w
prawo, w lewo. Słoma. W prawo. W lewo. Źdźbło drapie. Spiczastą
wiązkę ma Esa na głowie. Przekłada ciężar: na prawą, na lewą, z nogi na
nogę. Wyciera twarz. Drży rytm, niepokój drga. W lewo, w prawo. Tańcz Eso,
tańcz. Patrz jak tańczą inni. Jak
rżą konie, ustępują na bok, odsłaniają żwirówkę, kurhan, rzędy... Lśni
pot. Gorąco.... Gdzie jestem? Co dzieje się?
To jakaś swoista fatamorgana?! Prędzej z upału nadmiar
wyobraźni! - To
ona! - wykrzykuje nagle. - Jaka ona? Gdzie? - pyta "kepi". - Za ogrodzeniem! Przy prezydencie!
Ta "zjazdowiczka" z Inkowa! "Michniowie, Michniowie!..."
Cwaniaczka! Taka wszędzie się wciśnie! Słońce rozlało kolor. - Z którego zgrupowania? - " kepi" uniósł się
z ławki i wsparłszy na lasce, spoglądał dookoła zdumiony.
|